— A co! a co... — roześmiał się Porzycki.

Żebrowski, nie wstając, pragnął się usprawiedliwić.

— To tylko chwilowe.

— Ładnie chwilowe.

— Napiję się koniaku i zaraz będę rzeźwiejszy.

Koniak wypity, płaska buteleczka z jednej kieszeni już pusta, ale sił jakoś Żebrowskiemu nie przybywa.

Przeciwnie, coraz więcej mu się jakoś w głowie mroczy.

— Wie pan... — mówi uśmiechając się nieśmiało — ja trochę pod tym krzakiem przysiądę; odetchnę i znów dalej.

— Przysiadaj pan, i owszem.

Żebrowski zbiera mech, urządza sobie siedzenie, wreszcie siada, wyciąga nogi, oddycha ciężko.