— A to, panie!... — szepce — a to, panie!...
Patrzy przed siebie, dziwi się, iż nie widzi wcale Giewontu i ani pod stopami nie ma przepaści, ani łańcucha szczytów nie widno, tak jak z dołu.
Są na jaśniejszym miejscu, na rodzaju polanki tonącej w morzu mchów puszystych, z których strzelają jodły splątane z limbami.
Opodal jarzębina płonie purpurą, rozkładając baldachim swych delikatnych liści.
Ot, las i las.
Żebrowski zamglone oczy podnosi na Porzyckiego, który usiadł opodal i papierosa pali.
— Proszę pana...
— ?
— Czemu tu gór nie widać?
— Dlatego, że w nich jesteśmy.