Umilkli obaj na chwilę. Widmo płaczącej Tuśki przemknęło się wśród jarzębin.

Porzyckiemu zrobiło się dziwnie nieprzyjemnie. Uczucie lekkości, które ogarnęło go, gdy wszedł w ten las pełen uroku i surowego piękna, znikło. Ciężar, który czuł od wczoraj, od owego postanowienia Tuśki rozejścia się z mężem, znów gnieść go zaczął.

Wstał i zaczął iść wśród głazów zwalonych na siebie. Mech szeleści mu czasem pod stopami. Gdzieś w oddali jakiś potok szumi, rwie się, huczy jakby pod ziemią.

Żebrowski płaczliwie woła:

— Gdzież pan idzie? Ja tu sam mam zostać? A jak pan gdzie zginie, co będzie?

— Nie idę nigdzie, ot... spaceruję — odpowiada Porzycki i znów zniecierpliwienie ogarnia go na tego niedołęgę siedzącego pod krzakiem, zdyszanego i pożółkłego ze zmęczenia.

— Do niczego! — myśli — Tuśka ma słuszność rzucając go... to nie jest mąż dla niej.

I z uporem powtarza sobie:

— Ma słuszność, ma słuszność...

Lecz nie patrzy w stronę Żebrowskiego. Ile razy bowiem sobie przypomni to, co jest, i to, co się stanie, umyka z oczyma. Tu w tej pustce, na tym odludziu, gdy został sam na sam z tym człowiekiem, jest chwilami bardzo siebie niepewny i doznaje dziwnego uczucia, z którego sobie nawet sprawy zdać nie umie. Zdaje mu się chwilami, że ten Żebrowski jest jakimś ciężarem, który uczepił mu się u nóg, oplątał rękoma o serce i wlecze się za nim bez jego woli i wlec się tak będzie życie całe.