Lecz Porzycki na razie nie odpowiada. Myśli teraz, iż ten Żebrowski jest w górach kompletnym tumanem i kołtunem i że dobrze zrobił wywiódłszy go tutaj. Tam, w dolinie, przedstawiał mu się sympatyczniej, tu zaś, w kontakcie z dziką i rozwichrzoną przyrodą, był śmiesznym, tchórzliwym, nudnym karłem, przykrym i dla duszy, i dla wzroku.
— Bo, panie łaskawy — mówi dalej Żebrowski, śliniąc chustkę i wycierając nią poplamione rdzawym mchem ręce — bo, panie łaskawy, jakby taki niedźwiedź albo zbójnik nagle spoza tych głazów wypadł, to... co my poradzimy?... Na nic się nie zda ani nasza inteligencja, ani nasze stanowisko, ani nic. Taki nas nie uszanuje? co? hę?
Śmiał się, chichocąc jak małe chłopię.
— No... no... niech pan powie, czy nie mam racji?
— Niech pan będzie spokojny, już ja pana obronię.
— Pan? czym?...
— No — tym!
Porzycki wyjął z kieszeni kurtki rewolwer.
Żebrowski nagle spoważniał.
— Pan dobrze strzela?