— Zapewne!
— Ale są, są! U nas w biurze jest dużo moich kolegów w gorszych położeniach. Żona i dzieci może nieraz myślą, że ja czegoś dla nich nie chcę uczynić, a tymczasem ja nie mogę. Poza tym... gdy Bóg pozwoli... chłopcy wyjdą na ludzi... dla Pity może się jakiś mąż znajdzie... a ja z żoną cicho i skromnie dokołaczemy się do końca życia.
Głos Żebrowskiego stawał się coraz bardziej miękki, coraz więcej tego niedopowiedzianego pełen.
— Czekam na tę chwilę... przyznam się panu... z upragnieniem. To nam przypomni dobre czasy, gdy nas było tylko dwoje w domu... Jakoś było się bliżej, lepiej... Teraz... ciągła troska o dzieci... Nie mamy czasu jakoś porozumieć się z sobą. Ale przyjdzie to, przyjdzie...
Spojrzał w stronę Porzyckiego.
— Co pan chce... ja tą myślą właściwie żyję... takim odpoczynkiem. Wszystko się wypełni... niby te obowiązki... rodzinę się miało, przeprowadziło uczciwie... będziemy mogli pozostać razem, we dwoje, spokojnie do końca życia... Bardzo będzie miło... Może się uda wywieźć Tuśkę za granicę, dać jej trochę rozrywek, komfortu... ona tak to lubi...
Tuśka!
Spływa lekko, cicho ponad przygasający ogień w aureoli swej modnej fryzury.
Zapachem ambry i białej róży, którą jej suknie są przesycone, zdaje się głuszyć słodką woń rozgrzanych smreków.
Jest jej pełno w myślach tych dwóch mężczyzn, tkwiących nieruchomo wśród głazów i mchów.