Tryumfalnie w wielkiej piękności swojej rozpościera się jej władzą nad wyobraźnią tych ludzi, z których jeden ma do niej prawo prawa — a drugi prawo miłości.
Tuśka!
Oczy Żebrowskiego kleją się, głowa ciąży, opada na mech.
— Pan spać chce... — mówi do niego Porzycki. — Niech pan śpi... Ja będę czuwał.
— Ale cóż znowu?... Ja także będę czuwał.
— No, no... dobrze!...
Żebrowski próbuje walczyć ze znużeniem. Nie jest w stanie. Rękę pod głowę podsuwa i powoli układa się wśród mchu jak w łóżku.
Na twarz jego występuje znów maska marmurka.
Ginie ten wyraz sentymentu, otwartości, który z taką szczerością przez skorupę zlodowaciałą się wydostał. Uśmiech grzecznego, dobrze ułożonego urzędnika występuje coraz silniej.
Po chwili „kościany dziadek” leży z zamkniętymi oczyma. Jest chłodny, wystygły, nieprzystępny. Drgające błyski ognia oświetlają jego smutną nędzę. Oddycha lekko, nieśmiało.