Brzydki serdak ledwo się porusza. Kościste, wychudłe ręce zacisnęły się dokoła ciupagi.
Jest znów — żaden.
*
Porzycki odchodzi od ognia i siada opodal na głazie.
Pociera czoło, wyjmuje papierosa, chce go zapalić, lecz jakby urzeczony opuszcza ręce i siedzi tak nieruchomy, wpatrzony w czarne sylwetki skał, z których sterczą ciemnie drzew.
W pierwszej chwili czuje tylko chaos uczuć, jakiś niesmak, jakąś gorycz... Potem rzuca nim niepewność, czy dobrze rozumie swoje wewnętrzne usposobienie. Wie tylko, że w tej chwili coś w nim pękło, coś się zerwało, coś się zmieniło zupełnie.
Te słowa, te proste słowa... i to, co oprócz tych słów było w głosie, w twarzy męża Tuśki.
Bo w tej chwili Żebrowski nie jest Żebrowskim, lecz... mężem Tuśki.
— Pracuje na nią, pracuje... — kłębi się chaotycznie w umyśle Porzyckiego — pracuje... oddaje jej wszystko, jej i dzieciom, zaparł się siebie, nic nie ma... Dość spojrzeć, jak on wygląda, jak odziany, jaki zmęczony...
— A ona?...