Brwi Porzyckiego ściągnęły się gwałtownie.
— Skłamała! Twierdziła, że ma posag, a on wziął ją w jednej koszuli, wziął odważnie na całe życie... Skłamała! Chciała się wydać bardziej interesującą... A może sądziła, że mnie w ten sposób ku sobie pociągnie!
Coraz chmurniejsza się robi twarz Porzyckiego.
— On i ona!... niepodobna ich nie porównać. On wszystko z siebie oddaje, ona to wszystko wchłania i używa. Wampirem jest jego, ona i te dzieci. Tu cała banda, tu jeden człowiek nędzny i mizerny. I ona na czele!
W całej pełni zaczyna się przedstawiać mu Tuśka. W istotnej prawdzie strojnej kobiety, dobrze upudrowanej, drżącej jak koń cyrkowy na odgłos muzyki balowej, pawiącej się strojnym czaprakiem, nie bacząc, ile ten czaprak wysiłku kosztuje.
— Zastanowić się tylko, zastanowić... — sam mówi do siebie Porzycki — zastanowić się nie jak mężczyzna, któremu pachnie różowe ciało blondynki, ale jak człowiek, jak człowiek.
Te dwa karki, ten jeden różowy, złoty, wysuwający się zwycięsko z fałdów balowej sukni, kręcącej się zalotnie pod ogniem pożądliwych spojrzeń męskich, i ten drugi kark, chudy, zmęczony, wiecznie pochylony nad zapyloną masą akt biurowych spraw...
— Nic — tylko te dwa karki!
Tam — za Porzyckim ogień dogasa, potoczek szumi cichutko jakby jakaś bardzo daleka muzyka. Nigdy jeszcze Porzyckiemu nie było tak w górach smutno, jak w tej chwili. Zawsze życie aż kipiało w nim i wyładowywało się śpiewem, krzykiem, ruchem, pocałunkiem, słowem — całą energią.
A dziś serce się w nim ocknęło. I on obrachunek z nim robi — stara się zimno, spokojnie wmyślić się w stan swoich uczuć.