Wmyśla się i przeraża.
Zimny pot wypływa mu na czoło.
Wszakże on, kochając bardzo mało, kochając prawie nic — ot „sezonowo”, chciałby zdruzgotać coś, co już istnieje, coś, co ma rację tu, coś, co stanęło pracą szaloną, ciężką tego biednego człowieka.
On chciał rozbić... rodzinę!
Zabrałby tę różową, białą kobietę i odszedł nie bacząc, że tam pozostał ten, który lat kilkanaście chleb swój maczał w swym pocie i w mumię się zamienił dlatego, aby ona wykwitła taka biała, taka różowa, taka złota i pożądania godna.
A to marzenie pozostania wreszcie we dwoje, to pragnienie śmierci w ciszy spełnionych obowiązków, ta naiwna, poczciwa chęć wywiezienia jej za granicę, otoczenia jej komfortem...
I pomyśleć, że za kilka tygodni tam, na Wareckiej ulicy, miała stać się wielka, tragiczna pustka dokoła tego człowieka i to gniazdo zwleczone jego staraniem miało mieć nagle lampę zgaszoną i drzwi otwarte.
W ciemni wielkiej, która coraz gęstszą się stawała, twarz Porzyckiego postarzała się nagle. Z nadzwyczajną wrażliwością, właściwą aktorom, przerzucił się uczuciowo w duszę Żebrowskiego. Przeszedł całą torturę takiej chwili, gdy Tuśka zawiadomi go, że więcej do domu nie wróci...
— Dlaczego? dlaczego?...
Wzrok zdumiony chłopców, utkwiony w ojca i — i to pierwsze ściśnięcie się serca, którego przeżyć po prostu niepodobna.