A przecież się przeżywa.
Tylko ono potem powraca. Ciągle, ciągle i coraz cięższe do przeniesienia.
Nagle wśród rozmowy, wśród własnego śmiechu, w nowej serii pocałunków ściska się serce przeżytą boleścią.
Wszystko się przechodzi po raz dziesiąty — setny...
Ci, którzy mówią, że czas leczy — kłamią.
Tacy nigdy nie przeżyli chwili prawdziwego bólu.
Nie rozumieją.
I dlatego — kłamią.
Tak myśli Porzycki, tak czuje, tak widzi następstwo katastrofy, która się tam czai i rośnie na dole w Obidowskiej sadybie.
— I... co ja jej w zamian dam? — uderza w jego myśl jakby obuchem — co ja jej dam za lat kilka? Czy potrafię tak, jak ten „kołtun”, skoncentrować całe swe uczucie na niej jednej i stworzyć jej ten kąt, w którym ona dopiero główną osią będzie? On jej da starość spokojną, cichą, będzie pracował na nią do końca życia — na nią i na córkę... Ja mam siebie, mam matkę... Wierny jej nawet nie będę...