Uśmiechnął się leciuchno.
— Nie będę, wiem o tym. Ona jest zazdrosna, dała mi to już nieraz uczuć, zaczną się sceny...
Dreszcz go przeszedł na myśl o tych scenach. Czuł, że nie będą to „sceny” Sznapsi i tych innych, które tyranizowały go i były wzajem tyranizowane zakulisową metodą. On czuł, że to będzie coś innego, coś bardziej serio, coś, co mu się w życie wtłoczy i to życie psuć zacznie....
— Ładna perspektywa! — mruknął prawie głośno.
Przeraził się swego głosu.
Obejrzał się poza siebie. Nie chciał, aby Żebrowski się zbudził. Pragnął pozostać sam i obliczyć się z sobą. Czuł, że to jest chwila niezwykła i że to, co postanowi, przeprowadzić musi.
Wstał ostrożnie, dorzucił trochę drzewa, aby chłód nie przebudził Żebrowskiego, i powrócił na dawne miejsce.
— Co w kołtunerii wzrosło — myślał dalej — kołtuństwem zostanie. Tuśka mimo porywów artystycznych, które może kłamie, będzie zawsze skończonym typem przeciętnej mieszczanki. Ona mnie nie pojmie... będzie mnie więziła, będziemy się dręczyli, a skoro raz się to stanie, klamka zapadła... Gdy rozłączę ją z mężem, honor mi każe zostać przy niej...
Brwi zmarszczył, zdenerwowanie zaczynało go ogarniać.
— Będę musiał!