Ptak wolny, istota wzdrygająca się przed podpisaniem wiążącego go kontraktu, histrion wędrowny, Cygan produkujący tańczącego niedźwiedzia swego własnego talentu, przeraził się słów na pozór żadnych.

Będę musiał!

— Nie! nie! — zawyło mu w głębi.

Już dostrzegł Tuśkę jako tę dręczycielkę, jako tę, która niesie za sobą to straszne „musisz”... Kark jej różowy znikł — jest naprzeciw niego, silna honorowym jego zobowiązaniem. Twarzy słodkiej rozróżnić nie można.

To jest przemoc, to jest to ogromne, które ujarzmia miliony i wiąże wolę jednostki.

A Porzyckiemu przez myśl wiją się partyjki bilardu, śniadanka z kolegami, flirty po garderobach, kwiaty z lóż; powroty późne na palcach koło pokoju matki, herbata zimna „dla Lolka”, przygotowana na stoliku, i na drugi dzień pobłażliwy uśmiech macierzyński na jasne „dzień dobry”.

A potem to „coś” swobodne, co płonie w nas nieskrępowane jasno i szczerze, a gdy tylko czuje się obecność drugiej duszy, obecność przymusową, tli się ukradkiem, fałszywie, obłudnie...

To wszystko, dotyczące siebie, przeżuwa Porzycki jednak jakby drugą warstwą, bardziej mglistą i niezdecydowaną.

Za to owa pierwsza myśl litości nad Żebrowskim, wniknięcie w jego głąb, dominuje, a przynajmniej Porzycki chce, aby dominowała.

W ten sposób jest szlachetniejszy w swych oczach, a każdy człowiek pawi się przecie przed sobą samym.