Tysiąc razy na dobę.
Bo pawiem roztacza się przed sobą nawet we śnie.
Pawiem!...
Nigdy nie spojrzy na siebie rzeczywistego.
W tę czarną, cichą noc Porzycki z lubością zwraca się w stronę siebie-pawia.
Cicho ogień płonie. Chłód płynie dokoła jakby falami. Smreki, limby, modrzewie, jawory zastygły w tym chłodzie. Od dołu, od ludzi fakty życiowe olbrzymieją w ciemni i ciszy i miasto się rozpływać w nieistnieniu, nabierają rozmiarów katastrofy. Mrówcze życie uczuć przybiera siłę i rozpęd niepowstrzymany.
Wszystkie uśmiechy i smutki wewnętrzne zdają się zarysowywać na zewnątrz i bić prądem w nieruchomość chwili. Nie wstrząsają nią wszakże, lecz niemniej dają znać o swym istnieniu i o tym, że są i będą najwyższą władzą człowieka, który sądził się bezpiecznym, bo wszedł na wyżynę, zaszył się w gąszcz i pogrążył w ciemnię.
I oto ku Porzyckiemu, siedzącemu nieruchomą, czarną sylwetką na odłamie skały, płyną fale życiowe i szarpią nim, i dręczą.
— Żal mi jednak, żal!... — myśli wspominając błękitne oczy i okrągłą, wdzięczną twarzyczkę o różowych muszlach usznych, przebijających przez pianę złotych włosów.
Równocześnie jednak przypomina sobie, że już dużo przeżył takich „żalów” sezonowych. Ileż to było już takich zakopiańskich rozstań, po których serce nosi obręcz żałobną, a pocztówki latają po kilka razy na dzień...