I to wszystko ginie powoli, wraca do normalnego stanu, pocztówki kursują rzadziej i bywają coraz mniej starannie wybierane, aż wreszcie wszystko ustaje, układa się, zamiera.
I trzeba takiej chwili nadzwyczajnej, aby nagle się zbudziło i chóralnym hymnem wzbiło się w górę jako głos pocieszenia.
— Zapomnę i ona zapomni... a staje się rzecz dobra i uczciwa.
Jakieś błękitne oczy, łzami zalane, zamigotały przed nim, ktoś jakby krzyknął, dwie ręce wyciągnięte, dwie białe ręce...
— Stanie się rzecz uczciwa... — powtórzył twardo.
Pozostał, jakby sam z sobą kończył ten obrachunek.
Jeszcze rzucił:
— Bo... dlaczego kłamała? dlaczego nie powiedziała od razu, że on na nią pracuje, że się zapracowuje — dlaczego?...
Podszedł do Żebrowskiego i stanąwszy nad nim, długo i uważnie patrzał.
— Taki biedny, zmarnowany, nędzny.