Nic nie zdoła oddać kontrastu pomiędzy tymi dwoma ludźmi. Ten leżący na ziemi, skurczony, żółty, z zapadłą klatką piersiową, pod swym serdakiem zziębły, jakby tylko co los-ojczym zbił go sznurami przeznaczenia.
I ten nad nim, rosły, piękny z ustami purpurowymi, z oczyma, w których drgają światełka, jakby odbicie rozżarzonej duszy...
Żebrowski zakaszlał cicho, zwinął się w kłębuszek i zaczął się tulić do mchów wilgotnych.
Porzycki szybko zrzucił swój serdak i pochylił się nad uśpionym.
Lekko, ostrożnie otulił go swym serdakiem. Żebrowski z trudnością oczy roztworzył.
— Co to?... już dnieje? — zapytał.
— Nie, nie... — odparł Porzycki — jeszcze czas. Śpij pan spokojnie. Ja czuwam. Panu się nic złego nie stanie.
Chuda ręka wysunęła się z fałdów serdaka.
— Dziękuję panu!
Uścisnęli się za ręce.