I one mają rozpacz w sobie, a warkocze ich liści oplatają ich stygnące szkielety.

Cmentarne kwiaty! cmentarne kwiaty!

Wśród grobów błądzi Tuśka z Pitą.

Od wczoraj, od znalezienia kartki, w której mąż zawiadomił ją, że idzie na „wycieczkę” w góry z Porzyckim, Tuśka doznaje dziwnego niepokoju, z którego nie może sobie zdać sprawy. Zdenerwowana błąka się, nie może sobie znaleźć miejsca. Radość jej, której doświadczała na myśl, że to się wszystko dobrze skończy, że niezadługo czeka ją swobodne, wolne życie z Porzyckim, zamienia się w straszny stan niepewności, oczekiwania czegoś, przed czym drży, czego zrozumieć nie może.

— Ręczę, że to jego pomysł cała wycieczka — myśli, starając się utwierdzić w nienawiści do męża. — Po co? na co?... Jeszcze gdzie zleci.

Zabrakło jej tchu.

— Były rozmaite wypadki w tych Tatrach... Jezu!

Stała blada, martwa. Nie wiedziała sama, co w niej przeważa w tej chwili, co się z nią dzieje.

— I czego tamten z nim poszedł?... Czego? Niechby sobie wziął przewodnika, kiedy tak chciało mu się koniecznie tych gór. Potem — ja nie rozumiem zupełnie Porzyckiego. To grzeczność zbyteczna, to oddawanie przysług... Po co?...

Zagryzła usta zniecierpliwiona.