Błądzą śliczne, żywotne, pełne pragnień życiowych, błądzą zgrabnymi sylwetkami pośród szarych głazów.

Rozjęczał się nagle mały dzwon cmentarny.

Od kostnicy, gdzie wieje świeżą dysekcją, jęczy dzwonienie, bo z dala gdzieś kona ciężko jakaś góralka o zapadłej piersi i przygasłych siwych oczach. Rozjęczał się nad nią dzwon o miłosierdzie lekkiego skonania.

I Pita podniosła głowę. Odgarnęła złote włosy z różowych uszek i słucha.

Ten dzwon, zdaje się jej, że już słyszała.

Jak on jęczy, jak zawodzi!

Gdzie słyszała taki jęk?...

Ach, tak — już wie. We śnie...

Bo znów śniła o tej przepaści, gdzie dziewczynki małe błądzą i płaczą. Lecz teraz stokroć gorszy ten jęk i płacz.

Śmiejące się ich mamy widać dobrze. Pochylają się ku krawędzi. Mają błyszczące oczy, utrefione włosy i zbyt czerwone usta. Ta i owa wyciąga ręce ku swej płaczącej córce. Niektóre dziewczynki, chwycone przez te ręce, na których błyszczą drogie kamienie, pomykają ku górze i wydostają się z przepaści. Lecz zaraz słychać krzyk, wielki bolesny krzyk zabijanego ducha. A potem krzyk ten przechodzi w śmiech... I dziewczynka na górze śmieje się tak samo, jak śmiała się poprzednio jej matka. A potem zjawia się na krawędzi i ma włosy utrefione, błyszczące oczy i zbyt czerwone usta... Na rękach jej błyszczą drogie kamienie...