Z daleka dojrzała dwóch chłopców w mundurkach warszawskich. Drgnęła — to ukryte w niej spotęgowało się.

Byłożby to... za dziećmi?...

Śmieszne. Te „marmurki” z Wareckiej nie kochały jej i cierpieć nie będą. Nic tam pomiędzy nimi nie było, ani miłości, ani ciepła. Dokładnie się teraz, dzięki Porzyckiemu, przekonała. Ona się zbudziła i zapragnęła ciepła, ale „marmurki” pozostały takie same, jak były.

Nie ma kogo żałować!

Budzi ją głos Pity:

— Tatko!

Rzeczywiście, naprzeciw siebie widzi idących Żebrowskiego z Porzyckim. Idą wolno, nie śpieszą się, rozmawiają przyjaźnie. Żebrowski ma nawet z fantazją zatkniętą gałązkę za kapeluszem. W jednej chwili Tuśka dostrzega, że mąż jej ma w ręku ciupagę Porzyckiego, a aktor ciupagę Żebrowskiego. Widocznie się zamienili. Rozczulająca zgoda!

— To nadto!... — przemyka jej przez głowę, jakby ten błahy i nie znaczący fakt przepełnił miarę przewiny obu mężczyzn.

Żebrowski daje jej znaki powitalne. Natomiast Porzycki spoważniał i ogranicza się na ukłonie.

Zbliżają się.