— Bardzo było zajmująco! — wyrzekł — Nocowaliśmy przy ognisku. Było trochę chłodno, ale to nic. To bardzo zdrowo taki chłód!...

Prostował się, przybierał pozę „taternika”. Był śmieszny, mizerniejszy niż zwykle, z twarzą żółtą i pomiętą, z oczyma czerwonymi jak u królika.

— A potem pan Porzycki otulał mnie swoim serdakiem... czuwał nade mną jak anioł stróż.

Obejrzał się dokoła z przyzwyczajenia.

— I z rewolwerem całą noc na straży przesiedział.

— Z rewolwerem? — zapytała Tuśka czując, że się wreszcie odezwać musi.

— No... tak... — odparł Żebrowski — na zbójników... na niedźwiedzie... A potem zresztą wolno mu: przecież ma pozwolenie na broń... A teraz chodźmy do cukierni.

— Nie, idźcie panowie sami. Mnie głowa boli.

— Ale co znowu!... chodźmy wszyscy.

Żebrowski nabrał animuszu — mówił wbrew zwyczajowi głośno, robił gesty. Miał pozór pijanego. Widocznie ta wycieczka upiła go. Pita z podziwem patrzała na ojca.