— Nie ma jak góry! — mówił wymachując ciupagą Porzyckiego.

Tuśka odwróciła się od niego z niesmakiem i zaczęła iść w kierunku Skibówek.

Rada była, iż przedstawił się jej tak głupio i śmiesznie. Bała się, że gdy go zobaczy, zrobi się jej „żal” tego człowieka. Tymczasem nie tylko, że nie czuła żalu, ale patrzeć nawet na niego nie mogła.

Porzycki szedł obok niej, za nimi dążyła Pita z ojcem.

— Po co ta wycieczka? — odezwała się półgłosem Tuśka. — To już było zupełnie niepotrzebne.

Porzycki zaczął się usprawiedliwiać.

— Nie mogłem odmówić...

— Należało...

Szli dalej w milczeniu. Za nimi słychać było skrzypiący głos Żebrowskiego. Mijały ich turkoczące furki. Jakiś powóz, w którym siedziały postrojone damy, obsypał ich tumanem kurzu.

— Co za arogancja!... — wymówiła nagle Tuśka powiewając chustką dokoła siebie.