— Nie on mnie doprowadza do tego zmęczenia moralnego, ale właściwie... ona. Odkąd ją zobaczyłem, dziwnie się czuję zgnębiony.
I w formie konkluzji dodaje w myśli:
— Wolę sto Giewontów, Liliowych, Mnichów i wszystkie zatracone percie jak taką jedną o niebieskich oczach blondynkę!... Tamte umęczą nogi, a taka duszę rozklekoce na strzępy.
XXXVII
Po odjeździe Żebrowskiego nastąpiło w sadybie Obidowskiej dziwne, fatalne położenie.
Tuśka, polegająca na raz powziętym postanowieniu rozstania się z mężem, z konsekwencją dąży dalej po obranej drodze.
Pod pozorem migreny nie odprowadziła Żebrowskiego na kolej, lecz pożegnała się z nim mimo woli serdeczniej, niż chciała. Gdy zbliżył się do łóżka, na którym leżała, i z jakąś nieśmiałością podał jej jeszcze dwadzieścia rubli, które „zaoszczędził” podczas pobytu w Zakopanem, uniosła się wspaniałomyślnością i pieniędzy tych przyjąć nie chciała.
— Proszę cię, weź! — mówił Żebrowski — sprawisz mi tym przyjemność.
— Nie, nie. Mogą ci być potrzebne.
— Ależ... na co? — Mnie nic nie trzeba. Za te pieniądze zabawisz jeszcze kilka dni w Zakopanem.