Zamykają się za nim drzwi, a Tuśce zdaje się, że ktoś zamknął jeden tom jej życia.

Lecz gdy już w tej chałupie nie stało owego „męża”, Tuśka przeraziła się myślą, iż Porzycki obecnie jest właściwym jej „wszystkim” i że ona nie czuje pomiędzy nim a sobą jeszcze tej nierozerwalnej spójni, jakiej się spodziewała.

— To przyjdzie... — myślała — przyjdzie, gdy staniemy się dla siebie bliżsi.

Tymczasem ta „bliskość” nie przychodziła. Tuśka była mu uległą i gdyby wyjawił jakieś żądanie, jakiś zamiar zbliżenia się większego, byłaby z szalonej chęci przywiązania go zgodziła się na wszystko. Lecz on niemal unikał pozostania z nią sam na sam. Ciągle wysuwał Pitę i stawiał ją pomiędzy sobą a Tuśką. Dostrzegła to Tuśka i zapytała w rozdrażnieniu:

— Pita? po cóż ciągle ta Pita?

Porzycki przez chwilę milczał szukając możliwego pretekstu.

— Nie dowierzam...

— Komu?

— Sobie.

— A!...