Tuśka była na razie zadowolona. Każda kobieta jest zadowolona, gdy mężczyzna bodaj najbanalniej da jej do zrozumienia, iż jest dla niego „niebezpieczną”.
Wkrótce przecież Tuśka skombinowała, że teraz, po powziętym postanowieniu, cała obawa jest chyba zbyteczna.
Na aluzję delikatną z jej strony Porzycki znalazł odpowiedź.
Och! pieśń bez słów.
Tylko spojrzenie.
Z arsenału swych najgłębszych, przepaścistych spojrzeń dobył najgłębsze, najbardziej zaprzepaszczające. Spojrzał przeciągle swymi czarnymi oczyma. Co w nich było, sam nie wiedział, ale Tuśka musiała wiedzieć, bo wydawała się zadowoloną.
Czym prędzej sprowadził teraz do Obidowskiej sadyby dawne towarzystwo. A więc Sznapsia, aktorzy, nieodzowny embrion dekadencki, który już teraz donaszał swe wysokie kołnierzyki, przewracając je na lewą stronę. Jakby się zmówili, podwoili swą cygańską wesołość i koncepty. Weranda brzmiała śmiechem do późnej nocy.
Zwykle Sznapsia pozostawała na noc u Tuśki lub ktoś z aktorów nocował u Porzyckiego.
Tak się zręcznie składało. Tuśkę ten tłum niecierpliwił i drażnił. Rzadko kiedy mogła pozostać sam na sam z Porzyckim. Przy tym straciła z nim kontakt oczyma. Nigdy już nie zbierali tak swej duszy ze swych źrenic i nie pili jej u źródła wejrzenia. Pozostały tylko pocałunki, zamieniane ukradkiem.
Teraz zwłaszcza Porzycki stał się ogromnie ostrożny.