Co chwila Tuśka, gdy spragniona do ust mu się garnie — słyszy:

— Pst!... może kto zobaczyć.

Niecierpliwi ją to, odrzuca więc:

— No, to cóż? Teraz?

— Wszystko jedno. Po co mają nas brać na języki?

A dzieje się to nie dlatego, aby wydawała mu się mniej ponętną i pożądania godną. Owszem, teraz gdy patrzy na nią z innego punktu widzenia, gdy jest tą „złą, przewrotną, kłamliwą”, gdy jest tym wampirem, nalatującym na mężczyzn z pokusą swej piękności rozkwitłej blondynki, ma w sobie urok istot przewrotnych, urok ciągnący jak magnes każdego mężczyznę.

Lecz Porzycki ma olbrzymi zapas tak zwanej silnej woli. Jest w stanie opamiętać się i cofnąć w danej chwili. Potrafi ugryźć się do krwi w rękę, gdy traci przy Tuśce przytomność.

Zna bowiem siebie, że wbrew twierdzeniu, często, może częściej, niż przypuszczają, oddanie się kobiety przywiązuje mężczyznę silniej niż krążenie po ścieżkach flirtu. Dotyczy to pewnej kategorii kobiet, które mają ten urok wielkich rozkochanych (grandes amoureuses) i które w chwilach najbardziej ryzykownych z prób tych wychodzą zwycięsko.

A Tuśka jest właśnie taką kobietą.

— Byłbym zgubiony — myśli Porzycki — i ona, i Żebrowski, i wszyscy... a głównie, nie stałaby się ta rzecz uczciwa!