— Ależ tak. Jestem pewny.
— To... ja napiszę.
— Chodzi o to, ażeby pani napisała zupełnie tak samo, jak dawniej, tak jakby się nic nie miało zmienić, jakby pani miała na ulicę Warecką powrócić... rozumie pani?
— Rozumiem!... dla uspokojenia i uśpienia podejrzeń.
— Właśnie.
— Zaraz napiszę.
— A ja list odniosę na pocztę.
Czekał na ów list, przypilnował, skontrolował, żądał, aby Pita dopisała się, włożył w kopertę, wskoczył na rower i sam odwiózł na pocztę.
— Dzieje się rzecz uczciwa! — myślał tryumfująco.
Tymczasem w sadybie Obidowskiej na werandzie siedziała Sznapsia, przybyła w odwiedziny, i patrzała swymi wielkimi, rozumnymi oczyma na Tuśkę.