— Dokąd jeszcze? do nas?

Zeskoczył z roweru, otarł czoło.

— Tak. Do ciebie.

Uścisnęli się za ręce i te ręce tak się wtuliły, jakby dla siebie stworzone.

Porzycki zaczął iść obok Sznapsi, prowadząc rower.

— Byłaś gdzie?

— U pani Żebrowskiej.

— A...

Spochmurniał. Coś jakby niechęć przysłoniła mu oczy. Sznapsia śledziła go pilnie.

I nagle, szczerze, bez żadnego wstępu wyrzekła: