Porzycki zaczął się uśmiechać. Winszował sobie w duszy, iż postanowił ową rzecz „uczciwą” i że właśnie ta „uczciwa rzecz” tylko na dobre się dla niego odwróci.

— No... no... uspokój się; tak źle nie będzie.

— Ja... tylko ze względu na ciebie.

— Wiem. Ty byłaś zawsze dla mnie dobra. Dbałaś o mnie.

Całe to pożycie, nacechowane ogromną abnegacją z jej strony, tą dbałością kobiety przywiązanej, stawiającej na pierwszym planie dobro ukochanego i podporządkowującej siebie jego woli, coraz silniej zarysowywało się między nimi i powstawało z oparów przeszłości. Widział ją, dzielącą jego dolę i niedolę, nie śpiącą w nocy, aby dopomagać mu do uczenia się roli, czuwającą za kulisami, aby w czas podano mu rekwizyty, biorącą dymisję w chwili jego poróżnienia się z dyrekcją, zastawiającą swe sukienki, aby on mógł mieć codziennie na partię bilardu i piwo w knajpie po przedstawieniu. A potem ciąża, tak długo tajona, „aby mu nie sprawić przykrości”, i to przyznanie się nieśmiałe, pokorne, z dodaniem pośpiesznym: „Ja będę na dziecko łożyła”... a następnie rozejście się ciche, pełne taktu, godności...

Wszystko to idzie teraz w ślad za nimi po tej drodze o zachodzie słońca, w obliczu gór, które z wolna już przybierają swoje widmowe kształty.

I ona o tym myśli, on wie, on to czuje, przysiągłby, tak mu w tej chwili stała się nagle bliską, jakby była nią zawsze, jakby nigdy nie była — daleką.

A teraz we Lwowie...

Czy można odgadnąć?...

Zatrzymał się i ona stanęła.