— Muszę wracać.

Powiała ku niemu spod skrzydeł kapelusza słodkim uśmiechem i smutnym zmęczonych oczu spojrzeniem.

— Idź!

Wziął ją za rękę i pocałował w tę rękę, która tak była dobra, przyjazna i miła.

— Bądź zdrów!

— Do widzenia. A co do Żebrowskiej... bądź spokojna. Nic z tego nie będzie.

I nagle na twarz Sznapsi jak gdyby padł promień jakiegoś światła, które było jeszcze silniejsze niż światło słoneczne, bo rozjaśniło nawet ciemnicę duszy ludzkiej.

— Naprawdę?...

— Daję ci na to słowo.

— O!...