Na łóżku leżała Pita. Rozwiane włosy złotą falą zalewały poduszki. Opalona była i twarzyczka jej odcinała się ciemniejszą barwą od szyi. Spała oddychając lekko. Z ciała jej zsunęło się prześcieradło.
Tuśka pochyliła się i okryła córkę.
— Zawsze się odkrywa!... — pomyślała nieledwie ze złością.
Zbliżyła się do stołu i zaczęła liczyć w portmonetce pieniądze. Z całym wysiłkiem zdołała ochronić owe sto rubli, z którymi miała nowe życie rozpocząć.
Przy wyjeździe z Zakopanego gaździna obdarła ją bez miłosierdzia. Ponuro, nieufnie a z lamentem przedstawiła jej jakieś bajeczne rachunki za „mliko”, za słomę, za śmietankę, za szybę, za grzyby, za „skikanie” do miasta. I choć Tuśka za wszystko płaciła gotówką, musiała przecież zapłacić i te pieniądze, bo pani Obidowska przybierała ogromnie groźną postawę i zmieniła ton mowy na zuchwałe przedrwiwanie i przytyki. Porzycki poradził Tuśce nie oponować, przyzwyczajony do owych wyzysków przy odjazdach i zuchwałości gazdów w chwili, gdy „goście” ich już opuszczają.
Gdy wsiadali do dorożki, Tuśka zwróciła się ku Obidowskiej, która groźna i czarna sterczała jak posąg nieszczęścia przed swą chałupą.
— Więc macie za wszystko zapłacone?
— No... mom.
— Nic nie zapomnieliście?
— Ni.