W tej ciemni oni stanęli oboje naprzeciw siebie nieruchomi, a pomiędzy nimi gasło to, co stanowiło do tej chwili świetlany punkt ich życia. Gasła mianowicie miłość i drobniała, malała, schodziła do rzędu bardzo powszednich objawów.
Natomiast występowały inne czynniki i zalewały ich swymi falami zwycięskimi, bijąc w nich nieprzepartym prądem.
To „coś”, zawiązane pod pazdurem Obidowskiej chałupy, stulało skrzydła i skarżyło się konającym głosem wśród mocy życiowych objawów, od których uciec nie mieli prawa...
I gdy Porzycki, blady, zdeterminowany, ręką krąg zakreślił, jakby Tuśkę w koło prawdy czystej wreszcie wprowadzić zamierzał, ona zbliżyła się ku niemu bez kropli krwi w twarzy, lecz już prawie spokojna, bo już wiedziała.
*
Monotonnie, jakby wyuczone siłą, płyną słowa z ust Porzyckiego. Mówi, mówi nie patrząc na Tuśkę. I tylko słychać ciągle powtarzające się:
— Pani mąż... uczciwy człowiek... on tak pracuje... dzieci wasze... on wam oddaje wszystko... uczciwa rzecz... to niemożliwe... sumienie...
I znów.
— On na was pracuje... on... on...
I w grozie tej chwili, z cienia widać gdzieś majaczącą marę bladego, wychudłego człowieka w brzydkim serdaku... Stoi, ręce wyciąga, pensję miesięczną przynosi... oddaje. Za nim dwóch chłopców w mundurkach... To wszystko zjawia się pokorne, ciche... Milczy — patrzy na Tuśkę nie znanymi jej dawniej oczyma.