Tuśka osuwa się na krzesło. Nogi się pod nią uginają, ziemia się rozstępuje. Porzycki nie zbliża się ku niej. Widocznie lęka się osłabnąć w swym postanowieniu, bo i on blady, i on drży, i w nim dusza zamiera.
— Kiedyś będzie mi pani wdzięczna.
Przerywa mu błagalnym gestem.
Już dosyć, już wie wszystko. On może dalej nie mówić, ona wie, że się już wszystko skończyło, że ona musi wracać do Warszawy na Warecką ulicę — ona to wiedziała, gdy wpadła tu do tego pokoju...
A kto wie, może wcześniej nawet.
Lecz po co on jeszcze mówi, skoro to już postanowione, skoro ona już nic od niego nie żąda?
— Chciałem to wszystko powiedzieć jutro... ale lepiej dziś... niech się to skończy...
Spojrzała na niego.
Wydał się jej jakoś bardzo daleki. Zdawało się jej, że oddala się od niej w tumanach jakiejś mgły.
I nagle wyciągnęła obie ręce, a z gardła jej wydobył się krzyk: