Rozgarnia włosy, wstaje oddychając ciężko. Nie patrzy na niego. Kieruje się ku drzwiom. On ją zatrzymuje.
— Czy pani rozumie, jakie mną pobudki kierują?
— Tak... tak...
— I pani mi przebacza?
— Tak... tak...
Klamki szuka, nacisnęła, wychodzi. On idzie za nią. To zbyt szybkie oprzytomnienie i uspokojenie się przeraża go po prostu. Nie rozumie, jakie pobudki tu w grę wchodzą.
On nie wie, że jedna z jego dawnych kochanek ułatwiła mu zadanie, utorowała swoją rozmową drogę.
Tuśka wchodzi do swego numeru.
Idzie prosto do łóżka. Kładzie się i leży z przymkniętymi oczyma. Porzyckiego zbiera ogromna litość nad tą biedą duchową, tyle dziwnie zrezygnowanego smutku ma w sobie jej twarz pobladła. Postanawia nie opuszczać Tuśki do ostatniej chwili.
Nie wie, że właśnie taka troskliwość powiększa tylko jej cierpienie. Pomimo wszystko jednak czuje on ulgę, rad, że wreszcie przebrnął najstraszniejszą chwilę... W ostatnich bowiem dniach czuł się nad wyraz wyczerpany tą fatalną sytuacją, jaka się wytworzyła.