Tuśka nie odzywa się ani słowem.
W oknie coś szarzeje. Światło świecy na stole żółknie. Jakby świt wstawał. Robi się chłodno w pokoju i smutek z każdego kąta wyziera. Porzycki zamyka cicho okno, po czym macza ręcznik w wodzie i kładzie go na głowę Tuśki. Wie, że w chwilach miłosnych tragedyj kompres na głowę jest nieunikniony.
Nie odstępuje od szablonu.
Usiadł przy stole, zapalił papierosa i dziwi się sam, że to wszystko jakoś gładko idzie.
Tuśka zdaje się spać. Tylko twarz jej poszarzała, jakby ktoś rozpylił nagle na nią garść popiołu.
Porzycki patrzy na nią i widzi ją po raz pierwszy bez pudru w całej prawdzie.
— Biedna... — myśli czując, że w sercu jego przeważa litość wielka, bezkresna.
Odwraca oczy. On więcej niż „miłości” lęka się tej przewagi współczucia swego dla kobiety.
— Dzieje się rzecz uczciwa!...
Po chwili przecież dodaje: