Kazali se piknie grać

I na nóżki pozirać...

Podskakując epileptycznie, Gąsiennica łypał oczyma dokoła. Widział, że zrobił efekt, i napawał się nim. Zwrócił się widocznie ku Tuśce i na jej cześć bił się po karku i piętach. Robił wrażenie aszanta wykonywającego taniec wojenny.

Tuśka, mimo woli podniecona i zdumiona, patrzała na te konwulsyjne łamańce otwartymi szeroko oczyma.

Gąsiennica umiał doskonale umiarkować swe efekty.

Czuł, iż powinien teraz zrobić efektowne wyjście, aby zachować przewagę nad publicznością.

Jak koza leciuchno, w skokach nadzwyczajnych puścił się ku wyjściu z werandy.

Przemknął biały i strojny pomiędzy stolikami, przebierając „nóżkami”, z ciupagą w górę wzniesioną jak zawodowy baletnik kończący zbyt trudne pas.

Ogólny szmer uwielbienia, a nawet oklaski słyszeć się dały.

On błysnął raz jeszcze zębami, łypnął oczkami — krzyknął: — Hej!... — i zbiegłszy po schodach, zniknął w cieniu ulicy.