Laską zręcznie usuwał natręta, a równocześnie patrzał na Tuśkę wielkimi czarnymi oczyma, które zdawały się błyszczeć jak dwa diamenty.
Pod dotknięciem laski Gąsiennica rozpłynął się w ciemności z szybkością zmykającego kota.
Od furek tylko, gdzie czekali woźnice, doleciały chichot i szepty.
Tuśka spłoniona, przygryzając usta, skinęła głową w stronę mężczyzny.
— Dziękuję panu!
— O!... proszę!... — odrzekł uchylając kapelusza.
Tuśka usiadła znów na krześle. Miała zamiar odejść natychmiast, ale ogarnęła ją dziwna nieśmiałość. Czuła poza swymi plecami, iż towarzystwo strojne, które poznała po głosie, zajmuje się nią w tej chwili. Znów teatr, scena, aktorzy wcisnęli się w jej życie i otoczyli ją tym tłem, które było dla niej jakieś miłe i przytulne. Mimo to skrępowana była i po prostu ruszyć się nie śmiała z miejsca. Zdawało się jej, że to wyróżnienie napastliwe górala okryło ją śmiesznością w oczach tych ludzi. Siedziała więc naprzeciw Pity, zaczerwieniona, z uszami rozpalonymi i oczyma wbitymi w filiżankę z herbatą.
Tymczasem za jej krzesłem nie zajmowano się nią wcale.
Aktorzy i aktorki pogrążyli się w otchłani własnych interesów.
Rozbierali plan dalszej wycieczki i wszyscy godzili się na jedno, że źle zrobili, decydując się na tę włóczęgę.