Poznał mnie w tłumie, lecieliśmy cwałem,

On poległ — długo nad leżącym stałem

I duszy jego ujścia pilnowałem.

Konał jak tygrys pokłuty od szczwaczy62,

Lecz nie czuł tego, co czuję — rozpaczy.

Szukałem w licu sinym, krwią nabiegłym,

Znaków boleści, — żadnych nie dostrzegłem.

Rysy, śmiertelną okryte ciemnotą,

Jeszcze wściekłością tchnęły — nie zgryzotą.

Cóż bym dał za to, gdybym w jego twarzy