— Tak.
— Jedenaście lat temu stworzyłeś legendę o trójce mężczyzn, których skazano na śmierć za zdradę. Upierałeś się, że widziałeś skrawek gazety, dowodzący ich niewinności. Taki wycinek nigdy nie istniał. Wymyśliłeś go, a następnie sam uwierzyłeś we własne kłamstwo. Teraz pamiętasz moment, kiedy przyszło ci ono do głowy, prawda?
— Tak, pamiętam.
— Przed chwilą podniosłem dłoń do góry. Widziałeś pięć palców. Pamiętasz?
— Tak.
O’Brien uniósł lewą rękę, chowając kciuk za pozostałymi palcami.
— Podnoszę pięć palców. Czy widzisz pięć palców?
— Tak.
Rzeczywiście je widział przez ułamek sekundy, dopóki coś się nie przestawiło w jego mózgu. Widział pięć palców i nie było to żadne zniekształcenie rzeczywistości. A potem wszystko powróciło do normy, znów pojawiły się strach, nienawiść i dezorientacja. Jednak przez pewien czas — Winston nie miał pewności, jak długo to trwało, może trzydzieści sekund — postrzegał wszystko z całkowitą jasnością. Każda podpowiedź O’Briena wypełniała jakiś fragment pustki i stawała się prawdą absolutną, zatem dwa plus dwa mogło równać się trzy albo pięć, w zależności od potrzeby. To wrażenie minęło, zanim O’Brien opuścił rękę; Winston nie mógł powtórnie go przywołać, ale pamiętał je tak, jak pamięta się jakieś intensywne przeżycie z odległej przeszłości, kiedy było się właściwie inną osobą.
— W każdym razie teraz wiesz — powiedział O’Brien — że to jest możliwe.