SCENA DRUGA
Henryk
Sam, dzikim wybucha śmiechem, śmiech ten o mało że nie przybiera bolesnego, prawie łkającego piętna; atoli Henryk mityguje się, milczy, a potem mówi.
Tak! Cisza! Dobrze!... To me państwo... dzielny mnie chroni pancerz — świat mój znowu dla mnie się tylko otwiera... Tak, dla mnie... jam nie samotny... Nie, samotność serca mego nie zmiażdży! Nie zdusi mnie! Nigdy!... Być pogrzebionym w lodowym krysztale pustej przestrzeni!... Nie jestem samotny!... Milczenie... cisza... w okrąg ani głosu... Nie zberczą dzwonki, nie chrupią czerepy... Morze wszechświata... swoboda!... Wyżyny i wszystkie głębie — przeczyste, rozległe, milczące — w chłodnej jasności...
I cóż mi
jeszcze potrzeba?...
Do dzieła!
kopie dalej grób
Z zgniliznyś
powstał i znów się obrócisz w zgniliznę —