Z kazaniem napisanym i wielokrotnie przerabianym udałem się do proboszcza dla uzyskania jego aprobaty. Nie było go w domu. Zastałem tylko siostrzenicę proboszcza, Angele, i zakochałem się w niej.

Siedziała za robótką przy krosienkach, a gdym zajął miejsce obok niej, zaczęła ze mną grzecznie rozmawiać, wyrażając przyjemność poznania mnie, o którym nieraz słyszała, i prosiła, abym opowiedział, jak też to jej wielce szanowny wuj pozbawił mnie mego tupetu. Rychło też wrócił proboszcz i zdawało mi się, iż rad jest, żem poznał jego siostrzenicę, będąca mniej więcej w wieku moim. Wziął moje kazanie, przeczytał i orzekł, że owszem, jest to bardzo nawet ładna rozprawka akademicka, lecz że kazaniem nie jest wcale. Chciał mi dać któreś ze swoich kazań do wygłoszenia, alem odrzucił. Dysputowaliśmy kilka dni na ten temat, aż wreszcie na wyraźne życzenie senatora uznałem się za pokonanego. Sukces jednak kaznodziejski odniosłem duży; byli nawet tacy, co przepowiadali, iż na świat cały zasłynę. W kwestarskiej torebce, z którą zakrystian obchodził wiernych, znalazło się dla mnie 50 listów i kilka bilecików miłosnych. Po tak obfitym żniwie zdecydowałem się poświęcić się zawodowo kaznodziejstwu, o czym oznajmiłem proboszczowi. Pochwalał moje postanowienie i upoważnił mnie do odwiedzania go co dzień, abym z jego wskazówek mógł jak najobficiej korzystać. Mogłem tedy widywać się z Angelą aż nadto często, co uczyniło, żem się w niej rozmiłował na zabój.

Angela była cnotliwa. Pozwalała się kochać, lecz zarazem obstawała przy tym, abym wystąpił z szeregów kleru i pojął ją za żonę. Pomimo mego gorącego dla niej afektu perspektywa taka nie uśmiechała mi się do zbytku; pilnie przesiadywałem u proboszcza, nie tracąc nadziei, że uda mi się odmienić zbyt prostolinijne poglądy pani mego serca. Nie miały się, niestety, spełnić te moje piękne plany i marzenia!

Proboszczowi podobało się moje kazanie do tego stopnia, że polecił mi wygłosić słowo Boże w dniu św. Józefa. Gdym mu je przeczytał, wpadł w najpochlebniejszy dla mnie zachwyt. Młody i zarozumiały, wyobraziłem sobie, że nie potrzebuję wcale uczyć się na pamięć tego, com napisał; zdawało mi się, że wystarczy zapamiętać tylko „tok myśli”; zresztą nie było jeszcze wypadku, abym kiedy w towarzystwie zapomniał, jak to się mówi, języka w gębie... tedy wierzyłem święcie, że potrafię wybrnąć zwycięsko z każdej chwilowej trudności, improwizując spokojnie dalej. Lekkomyślność ta wypłatała mi fatalnego figla.

Byłem akurat dobrze się najadł, gdy zawołano mnie do kościoła. Prosto od stołu, z pełnym żołądkiem i ciężką głową wszedłem na kazalnicę. Początkowo szło jeszcze wszystko ładnie i składnie; powoli jednak zaczynałem tracić wątek... jąkać się... do uszu moich doleciały jakieś szmery, zdawało mi się, że tłumiono parsknięcia śmiechem; straciłem zupełnie głowę. Czy faktycznie zemdlałem, czy tylko użyłem tak heroicznego wybiegu — nie potrafię powiedzieć; dość żem upadł i że zakrystian z organistą zawiedli mnie czy zanieśli z wielkim trudem do zakrystii. Nie rzekłszy nic, poszedłem na plebanię, zapakowałem tłumok i pojechałem do Padwy, zdawać ostateczny egzamin uniwersytecki. Wróciłem do Wenecji jako dyplomowany doktor obojga praw. O tym, co mi się przytrafiło, nie pamiętał nikt; ale też i o zawodzie kaznodziejskim nie było już mowy.

Angela wciąż była panią mego serca, zaś jej nadzwyczajna powściągliwość ekscytowała mnie nad wszelki wyraz. Miłość moja była jedną katuszą. Mój ognisty temperament łaknął wzajemności, pożądał kochanki w rodzaju Bettiny, która by miłość moją zaspokajała, nie zaś gasiła. Byłem jeszcze sam niewinny, przeto też czciłem Angelę jak świętą, wszelako jej oschłość, jej nadzwyczajna rezerwa były dla mnie okrutną torturą. Wpatrzony tylko w nią, nie widząc oprócz niej nic na świecie Bożym, anim uwagi nie zwracał, że moje płomienne przemówienia do Angeli impresjonują97 niepomiernie dwie jej przyjaciółki, siostry rodzone, młodsze od niej, o wiele od niej ładniejsze i uczuciowsze, czegom też naturalnie nie spostrzegł. Byłem jak ślepy, raczej zaślepiony do niemożliwości. Na wszystkie moje błagania i zaklęcia Angela odpowiadała, że zgadza się bez zastrzeżeń zostać moją żoną, lecz największą było łaską z jej strony... wyznanie, iż cierpi tyle, co i ja.

W takim to nastroju otrzymałem zaproszenie hrabiny Monte Reale do Poseano, gdzie miała zebrać się elita towarzyska, spragniona zabaw i rozrywek wiejskich. Jakoż98 życie tam popłynęło hucznie i wesoło, a ja w jego wirze i gwarze zapomniałem — choć na czas pewien — o nieubłaganej mojej Angeli.

Przeznaczono dla mnie w pałacu śliczny pokój parterowy, wychodzący oknami na ogród. Kiedym z rana otworzył oczy, ujrzałem przed sobą zachwycającą istotę przynoszącą mi kawę. Było to młodziutkie dziewczę, ale rozwinięte jak panna co najmniej szesnastoletnia; miała jednak zaledwie lat czternaście. Wszystko było w niej skończenie piękne: płeć alabastrowa, włosy hebanowe, iskrzące się, a jednak pełne niewinności i naiwności, duże czarne oczy, sposób czesania się, ubiór, składający się z koszuli tylko oraz sięgającej po kostki spódniczki, cudnie utoczona noga o malutkiej stopce... słowem wszystko w niej było zachwycające i harmonijne. Wpatrywałem się w nią z najżywszą ciekawością, ona też przyglądała mi się bacznie, ale z wyrazem w oczach takim, z jakim się patrzy na dobrego znajomego.

— Czy wygodnie się spało? — odezwała się.

— Przewybornie! Ręczę, że słały mi pościel te oto rączęta. A pani kto?