— Ja jestem Lucja, córka tutejszego portiera. Dobrze, że pan nie wziął z sobą służącego; będę panu usługiwała i spodziewam się, że pan będzie ze mnie zadowolony.
Uszczęśliwiony z tej introdukcji99, zerwałem się z łóżka i Lucja jęła mi pomagać w ubieraniu się, paplając przy tym to o tym, to o owym, czegom często wcale nie rozumiał. Zaczynam pić kawę, sam nie mniej zażenowany niż ona, a zarazem olśniony urodą, wobec której nikt pod słońcem nie mógłby być obojętny. Usiadła przy łóżku na krzesełku, usprawiedliwiając tę poufałość czarującym uśmiechem. Piłem jeszcze kawę, gdy do pokoju weszli ojciec i matka Lucji. Nie podniosła się; zdawała się być dumna, że wolno jej siedzieć w moim pokoju. Rodzice Lucji, zacni jak widać ludziska, pogderali ją z lekka, przeprosili mnie za poufalenie się córki, która też zaraz wyszła. Natenczas ojciec i matka zaczęli mi ją wychwalać:
— To nasze jedyne dziecko — mówili — nasze oczko w głowie, a dobra, a miła! Kocha rodziców, posłuszna i bogobojna; zdrowa przy tym jak rydz i ma, naszym zdaniem, jedną tylko wadę.
— A jaką, jeśli wolno spytać? — wtrąciłem.
— Za młoda!
— O, feler to wprost uroczy, z którego zresztą sam czas ją uleczy.
Rychło też mogłem się przekonać, że mam przed sobą poczciwych z kościami ludzi, istne upostaciowanie cnót domowych, szczerości i cichego szczęścia. Gdym rozkoszował się tymi przeświadczeniami, Lucia wróciła wyświeżona, uczesana, umyta, ubrana, elegancko obuta i wesoła jak szczygieł. Ucałowała rodziców i skoczyła ojcu na kolana. Zaproponowałem, aby usiadła na moim łóżku, czego uczynić nie chciała, utrzymując, że zbyt wielki byłby to zaszczyt dla niej. Uśmiechnąłem się, zachwycony jej prostotą i niewinnością. Biłem się z myślami: czy bardziej do twarzy jej w negliżyku czy też w sukience, i gotów byłem przyznać, że w sukience. Słowem, zataić przed sobą samym nie mogłem, że Lucja stokroć ma więcej powabu i wdzięku niż Angela, ba, niż go miała Bettina.
Przyjście fryzjera spłoszyło zacną i sympatyczną rodzinę; poszli sobie wszyscy, ojciec, matka i córka, ja zaś skończyłem się ubierać i udałem się na salony złożyć atencję100 hrabinie i jej córce. Dzień upłynął niezmiernie wesoło, jak zresztą zwykle na wsi wśród towarzystwa umiejącego się bawić.
Nazajutrz, gdym się przecknął i zadzwonił, zjawiła się momentalnie Lucia, równie czarująca, pełna prostoty i naturalności jak poprzedniego dnia i znowu nie mogłem wyjść ze zdziwienia, że tak cudny kwiat mógł zakwitnąć w samotnej izdebce portiera.
Przedziwny urok miała jej pełna swobody i naiwności rozmowa. W głowie mi się pomieścić nie mogło, że tak cnotliwe, uczciwe, a bynajmniej nie głupie stworzonko obcuje ze mną tak poufale, nie obawiając się mojej wrażliwości, wystawionej na ciężką próbę. A może nie przywiązuje żadnej wagi do niewinnej na pozór swawoli? Lub też przeciwnie, nie ma już żadnych zgoła skrupułów? Nie poczuwałem się do żadnych obowiązków względem jej rodziców, którzy, jak sądziłem, też zdecydowani są patrzeć przez palce na postępowanie córki; nie postawało mi w głowie, że pierwszy prześliczną jej niewinność spłoszę i ciemny płomień zła w duszy jej zapalę; nie chcąc tylko być wystrychniętym na dudka ani też z drugiej strony roztkliwiać się bez racji i powodu, postanowiłem uzyskać pewność. Sięgam śmiało ręką... ona mimo woli cofa się, cała zapłomieniona; pustota jej znika, odwraca głowę i widocznie czeka, aż zażenowanie przeminie. Wszystko to trwało chwilę. Podeszła znów do mnie, jakby zawstydzona, że była dla mnie nieuprzejma lub że nie poznała się na charakterze gestu, który mógł być całkiem niewinny albo też bynajmniej nie sprzeczny z dobrymi manierami. Poczęła znowu śmiać się najrzetelniej w świecie i ponieważ czytałem w jej duszy jak w otwartej księdze, pospieszyłem ją uspakajać. Swoją drogą sam zrozumiałem, żem posunął się zbyt daleko i postanowiłem następnego dnia wybadać ją ściślej.