Stosownie też do tego postanowienia podchwyciłem nazajutrz jakąś jej uwagę dotyczącą chłodnej pogody i zaproponowałem: niech położy się przy mnie na łóżku, to chłód pokojowy nie będzie jej dokuczał.
— Niewygodnie będzie panu! — odrzekła.
— Bynajmniej. Tylko twoja matka byłaby niezadowolona, jeśliby przypadkiem tu weszła.
— Ejże! Na myśl by jej nic złego nie przyszło.
— No, to chodź! Ale czy ty wiesz, Luciu, na co się narażasz?
— Wiem, ale przecie pan będzie grzeczny! I pan w dodatku abbé.
— No, to chodź. Przede wszystkim jednak zamknij drzwi.
— O, co to, to nie! Mógłby kto pomyśleć... Zresztą, albo ja wiem?...
Nareszcie zdecydowała się położyć przy mnie i rozgadała się na dobre; o wszystkim... nawet o sprawach zgoła niemających dla mnie sensu. Byłem mocno podekscytowany niezwykłością sytuacji; powstrzymywałem całą siłą łatwe do zrozumienia pożądania i miałem minę najgłupszą w świecie. Spokój i ufność dziewczyny, z pewnością niezabawiającej się w żadne udawanie, wręcz mi imponowały i byłbym się wstydził rozproszyć jej spokój i ufność. Nagle zerwała się, wołając, że już dziesiąta wybiła i że niech no stary hrabia Antonio zejdzie na dół i nas zobaczy, sypać będzie docinkami, których by chciała nad wszystko uniknąć. „Na sam jego widok zmykam!” — rzekła wesoło i znikła z pokoju.
Leżałem nieruchomo, cały we wzburzeniu zmysłów, jak oszołomiony, nadaremnie usiłując zdać sobie jasno sprawę z tego, co zaszło.