Na drugi dzień, pragnąc mieć święty spokój, rozmawiałem z nią długo, siedzącą na moim łóżku, i przekonałem się, iż słusznie bardzo ubóstwiają ją rodzice, gdyż cała jej pewność siebie, swoboda w obejściu się ze mną i pustota wypływają u niej wyłącznie i jedynie z niewinności oraz z czystości duszy. Jej naiwność, jej ciekawość, rumieńce, którymi się oblewała, gdym parsknął śmiechem, słuchając przekomicznych rzeczy, które mi opowiadała, nie domyślając się nawet ich dwuznaczności — wszystko a wszystko utwierdzało mnie w przekonaniu, że Lucja jest aniołem, którego dobrej wiary i nieświadomości niechybnie nadużyje pierwszy lepszy rozpustnik. Drżałem na samą myśl o tym, zaś co do mnie, sama ambicja nie pozwalała mi uczynić najlżejszej krzywdy dzieweczce, której rodzice rozpływali się nad moją moralnością. Byłbym się poniżył w oczach własnych, zdradzając jej bezgraniczne zaufanie. Postanowiłem tedy święcie panować niezłomnie nad sobą, poczytując samą już tylko obecność Lucji za hojną nagrodę za moje heroiczne wysiłki. Niestety! Zapomniałem o niezbitym aksjomacie, że dopóki walka trwa, nikt nie powinien być pewny zwycięstwa.

Znajdując w rozmowie z nią wszelkie upodobanie, poprosiłem, aby przyszła do mnie wcześniej niż zwykle, budząc mnie nawet, jeżelibym jeszcze spał. Poparłem moją prośbę zapewnieniem, że im krócej sypiam, tym lepiej się miewam. Tym sposobem doprowadziłem do tego, że rozmowy nasze zamiast dwóch godzin trwały godzin czasem pełnych trzy, przelatujących, rzecz prosta, jak mgnienie oka. Matka jej, bywało, wejdzie, podczas gdy rozmawiamy; popatrzy, że Lucja siedzi na moim łóżku i tylko podziwia moją dobroć i uprzejmość. Lucja rzuca się ją całować i dobra kobiecina nuż prosić, abym córkę w dalszym ciągu kształcił, zaprawiając ją do poznawania wszystkiego, co dobre i piękne. Po wyjściu matki Lucja nie zmieniała ani tonu, ani zachowania się... Obcowanie z tą anielską istotą sprawiało mi tortury nieopisane i niewymowną zarazem rozkosz. Często, gdy twarz jej była tak blisko, tak blisko ust moich... musiałem ze wszystkich sił powstrzymywać się, aby nie okryć jej pocałunkami i krew uderzała mi do głowy, gdy mówiła, że chciałaby bardzo być moją siostrą. Lecz nie traciłem panowania nad sobą i unikałem jak ognia najlżejszego nawet jej dotknięcia, wiedząc aż nadto dobrze, że pierwszy pocałunek wysadzi w powietrze cały mozolnie wznoszony gmach abstynencji. Po jej odejściu sam nie chciałem wierzyć własnemu zwycięstwu, a spragniony coraz to obfitszych laurów, oczekiwałem z szaloną niecierpliwością dnia następnego, aby rozpocząć znów niebezpieczną a rozkoszną walkę.

Po dniach dziesięciu czy dwunastu stanąłem wobec alternatywy: albo kres wszystkiemu położyć, albo zostać zbrodniarzem. Zdecydowałem się na pierwsze, tym łatwiej, ponieważ wiedziałem, że Lucja będzie się broniła bohatersko do ostateczności, a drzwi pokoju otwarte i okryję się tylko wstydem. Na samą myśl gorąco mi się robiło. Lecz z drugiej strony: jak zakończyć rzecz całą, jak zerwać? Przecie niepodobieństwem jest oprzeć się cudnej istocie, co o świcie przychodzi do twego pokoju, siada ci na łóżku, rozmawia z tobą niemal twarz przy twarzy, jakby ci wyrazy ustami na usta kładła... Odwracałem głowę. Wtedy mi ona czyniła ironicznie wymówki, że boję się! Ja na to: „Nie boję się dzieciaka!” A ona: „Wielki mi dzieciak! O dwa lata tylko młodszy od pana!” Sytuacja stawała się bez wyjścia. Tedym postanowił poprosić ją, aby więcej nie przychodziła. Postanowienie wydało mi się szczytem bohaterstwa i wyobrażałem sobie, że skuteczniejszego sposobu przerwania całej historii nie mogłem wymyślić. Miało być w czyn wprowadzone nazajutrz. Łatwo pojąć, jak okropną spędziłem noc. Miałem z Lucją widzieć się ostatni raz!... Wyobrażałem sobie, że urosnę w oczach jej na bohatera i że do końca życia czcić mnie będzie i szanować.

Nazajutrz, zaledwie słońce się pokazało, wbiegła do mego pokoju Lucja, promieniejąca szczęściem, cudna w nieładzie rozpuszczonych włosów; podbiegła do mego łóżka — i stanęła jak wryta. Uśmiech znikł z jej ustek i jakaś serdeczna troska zamgliła jej wzrok. Tak podziałał na nią mój wygląd, moja bladość, moje podkrążone oczy.

— Co panu jest?

— Nie zmrużyłem oka przez całą noc.

— Dlaczego?

— Myślałem. I powziąłem zamiar dla mnie nieopisanie ciężki, lecz który sądzę, że wysoko mnie postawi w oczach pani.

— Jeżeli ma panu zapewnić mój wysoki szacunek, to powinien pana nie smucić, lecz przeciwnie, cieszyć... Ale, ale, powiedzcie mi, mój panie abbé, dlaczego to mówicie dziś tak ceremonialnie do mnie „pani”, kiedyście dotąd mnie tykali? Czy was czym uraziłam? Lecę po kawę... a potem mi wszystko powiecie.

Przynosi kawę; ja jestem pochmurny i zasępiony; tedy stara się mnie różnymi figlami rozweselić. Powiada wreszcie, że chciałaby nie utracić jednego słowa z tego, co jej mam powiedzieć i przeto prosi pokornie... o miejsteczko przy mnie. Za chwilę miałem ją obok siebie. Życie we mnie zamarło. Zacząłem wyłuszczać jej całą gwałtowność mej miłości tudzież nieznośne katusze, pastwiące się nade mną z racji, że nie mogę i nie chcę złożyć jej dowodów mojej miłości. Przeto — zakończyłem — proszę ją najusilniej... nie pokazywać mi się więcej na oczy! Czułem, żem mówił bardzo, pięknie i bardzo przekonywająco. Spłakałem się. Lucja rzuciła się z chusteczką do mych oczu, nie bacząc, że prędkim ruchem ręki odsłania wszystkie cuda swych piersi, zdolnych wytrącić z równowagi najzapamiętalszego ascetę. Po krótkiej scenie niemej prześliczne dziewczę rzekło mi, że łzy moje sprawiają jej niewymowną przykrość i że darować sobie nie potrafi, iż je wywołała.