— Nie wątpię — ciągnęła dalej — że mnie pan kocha gorąco i statecznie, pojąć tylko nie mogę, dlaczego miłość ma być źródłem cierpień i niepokojów. Co do mnie, to, że mnie pan kocha, sprawia mi ogromną przyjemność. Chcesz mnie pan nie widzieć więcej? Tego może sobie życzyć ktoś nienawidzący! Za cóż mam być ja karana? Za to, że się panu podobam? Czy istotnie grozi nam niebezpieczeństwo — nieuniknione? Oczywiście, pierwszy lepszy głupiec, ciemny jak tabaka w rogu, nie potrafiłby wybrnąć z ciężkiej istotnie sytuacji, ale pan! Pan jest mądry i rozważny, prawda? Ach!... Przybiegłam tu dziś do pana taka rada, taka szczęśliwa! A może to nie jest miłość, ponieważ napawa mnie radością, nie zaś czarną melancholią? Dziś w nocy wciąż mi się pan śnił. Śniłam, że jestem blisko... blisko... pana. Obudziwszy się, starałam się prędko, prędko usnąć, aby znowu we śnie być przy panu. Drogi, kochany labuśku! Jeśli miłość dla mnie zadręcza cię na śmierć, to już wolę raczej, abyś nie kochał mnie i żył, niż żebyś miał kochać mnie i z tego kochania umierać. A może znajdzie się jaka droga pośrednia?... Pomyśl pan dobrze. Gdyż zamiar, któryś powziął, jest dla mnie doprawdy zbyt bolesny. Wymyśl pan rzecz... wykonalną i ufaj święcie Lucji.
Ta naturalna i naiwna mowa dała mi poznać całą wyższość przyrodzonej elokwencji101 nad filozoficznymi mędrkowaniami. Po raz pierwszy przycisnąłem do serca boską tę dziewczynę, mówiąc jej:
— O najdroższa! W twojej mocy ulżyć najstraszliwszym mękom, które znoszę. Daj, niech gorącymi pocałunkami okryję te cudne usta twoje, zapewniające mnie, że mnie kochasz.
Spędziliśmy tak godzinę całą w rozkosznej ciszy, przerywanej tylko od czasu do czasu wykrzyknikiem Lucji: „Ach, mój Boże, to chyba sen, to chyba sen!” Nie przestawałem atoli pilnie strzec się, aby niewinność jej krzywdy nie zaznała, może właśnie dlatego, że Lucja oddawała mi się całkowicie, nie stawiając najmniejszego oporu. W końcu, łagodnie oswobadzając się z mych objęć, rzekła zaniepokojona: „Serce moje zaczyna zbyt głośno przemawiać, muszę już iść...” — i zerwała się natychmiast na nogi.
Poprawiła sukienkę, usiadła... Za chwilę weszła jej matka, osypała mnie komplementami z racji mego świetnego wyglądu i rumieńców na twarzy, córce zaś poleciła iść przebrać się natychmiast, gdyż spóźni się na mszę. Po godzinie Lucja wróciła do mego pokoju. Powiedziała mi, że nieopisanie jest szczęśliwa, iż udało się jej dokonać cudu, mianowicie uczynić tak, aby miłość dawała mi zadowolenie i odświeżenie, nie zaś udrękę i rozdrażnienie. „Jeżeli — dodała — mogę ci dawać zupełne szczęście, to używaj; nic nie mam ci do odmówienia”.
Zostawiła mnie między upojeniem a śmiertelną trwogą. Widziałem jasno, że „stoję na brzegu przepaści, w którą mogę runąć lada dzień, lada chwila”.
Cały wrzesień przebyłem w Poseano, spędzając jedenaście czy dwanaście ostatnich nocy na spokojnym i swobodnym posiadaniu Lucji. Upewniwszy się, że matka śpi twardo, przychodziła do mnie na całe godziny najrozkoszniejszych upojeń. Walka z najostrzejszą pokusą zamiast wyczerpywać mój zapał, dolewała tylko oliwy do ognia. Lucji smakował owoc zakazany tym bardziej, im bliżej go do ust podnosiła; nieustanne widywanie się ze mną nie mogło nie oddziaływać silnie na młodziutką dziewczynę, która starała się wyprowadzić mnie w pole, dowodząc, że uzyskałem już literalnie wszystko, czym obdarzyć mnie mogła. Nie wiedziałem, oczywiście, czego się trzymać i udało mi się do końca mego widywania się z Lucją nie ulec całkowicie najczarowniejszym w świecie pokusom.
Odjeżdżając z Poseano, obiecałem, że wrócę na wiosnę. Gdym na wiosnę tam istotnie przybył, dowiedziałem się z przerażeniem, że uciekła w świat z laufrem102 hrabiego.
— Uwiódł ją! — opowiadała mi, łkając jej matka. — Dopiero po jej ucieczce domyśliliśmy się przyczyny jej nadmiernego w ostatnich czasach tycia.
— Od dawna się widywali?