Upłynął czas pewien. Nagle Annita zaczyna się śmiać i coś szeptać do ucha Angeli, ta Mariecie; zaczynają śmiać się wszystkie trzy. Zaintrygowany pytam, o co chodzi. Annita robi grobową minę i oświadcza, że oto świeca dopala się, drugiej nie ma, i że za chwilę będziemy siedzieli w zupełnej ciemności. Nie dałem poznać po sobie, jak ucieszył mnie ten skład błogosławionych okoliczności i odparłem, że w takim razie niechże spokojnie obie idą spać, a my z Angelą nawet w zupełnej ciemności przykrzyć sobie nie będziemy. „A co będziecie robili?” — „Będziemy rozmawiali”.
Angela odzywała się mało. Ja natomiast, nabrawszy kurażu106, osypywałem ją najpłomienniejszymi wyznaniami, które — o dziwo! — zaczynały wywierać nieskończenie silniejsze wrażenie na obu siostrach niż na mojej bezpośredniej partnerce. W pokoju nie było wcale gorąco... niemniej czułem, jak mi chwilami występował na skronie pot kroplisty. Ogarek świecy dopalał się do reszty. Angela podniosła się z miejsca, zabrała lichtarz i wyniosła go do przyległego pokoju. Wróciła, lecz nie na dawne swoje miejsce obok mnie. Nadaremnie wykonywałem w ciemności najszersze ruchy obiema rękoma — była nieuchwytna. Manewr taki trwał dość długo, żem zaczął błagać, prosić, aby wróciła na dawne swoje miejsce, a wreszcie — gniewać się na dobre. Nic nie pomogło. Angela uważała, iż nie wypada siedzieć w ciemności zbyt blisko mnie, wreszcie radziła, abym położył się na łóżku i próbował zasnąć. Odrzuciłem w oburzeniem tę propozycję i podniósłszy się wśród ogólnego śmiechu zacząłem — grać w ciuciubabkę. Angeli wciąż jednak ująć w żaden sposób nie mogłem. Wciąż mi padały w objęcia to Annita, to Marietta, którem po kolei puszczał... jak skończony idiota! Miłość do Angeli i tradycyjne uprzedzenia nie pozwalały mi rozumieć, jaką okrywałem się w ich oczach śmiesznością... Goniłem wciąż i goniłem za Angelą, w głębi duszy wściekły, że żadną miarą pochwycić jej nie mogę. Nareszcie zmęczony i zły dałem pokój, usiadłem i zacząłem z nią z oddali rozmawiać. Do przebudzenia się ciotki, do jej wyjścia z domu pozostawała przeszło godzina. W żałości mojej zacząłem czynić Angeli najostrzejsze wymówki, potem oziębłość jej wprost przeklinać, potem zapamiętałem się całkowicie i powiedziałem jej tysiące niemal obelg, tak się we mnie wszystka krew burzyła. W końcu zagroziłem, że śmierć sobie zadam, głos mi się załamał i łzy rzuciły mi się z oczu. Zakryłem twarz rękami i długo siedziałem niezdolny słowa wymówić: gdym głowę podniósł, spostrzegłem w bladej szarości przedświtu wszystkie trzy dziewczynki, siedzące pod ścianą i płaczące jak bobry. Boże! Cóżem uczynił! Wyrządziłem przykrość nad przykrościami trzem istotom tak lubym, tak przemiłym! Rzuciłem się przepraszać, błagać o przebaczenie... Ciotka wychodziła — trzeba było korzystać z chwili. Na wpół przytomny, pożegnałem się, zbiegłem na dół i ulotniłem się.
Przez czas dłuższy nie chodziłem do pani Orio wcale. Wezwał mnie jej uprzejmy bilecik. Angeli nie zastałem, natomiast obie milutkie siostrzyczki dokładały najusilniejszych starań, aby zabawić mnie i rozerwać. Gdym się żegnał, Annita wsunęła mi liścik od Angeli. „Jeżeli ryzykuje pan spędzić jeszcze jedną noc w moim towarzystwie, to proszę przyjść... Nie będzie się pan uskarżał, gdyż kocham Pana i z całej duszy pragnę usłyszeć z Jego ust, że kochać mnie pan będzie, choćbym to uczyniła, na co kobieta narażać się nie powinna”. W dopisku było kilka słów Annity, popierającej gorąco prośbę Angeli. List uradował mnie bardzo. Myślałem: dam dobrą nauczkę upartej i skruszonej dziewczynie!
Idąc do pani Orio, wziąłem z sobą pare butelek wina cypryjskiego i ozór wędzony. Ku zdumieniu memu mojej „okrutnej” nie zastałem. Miała przyjść później i — nie przyszła wcale, na com ani myślał się uskarżać. Zwykłym trybem doczekałem na schodach, aż spożyto kolację i pani Orio udała się na spoczynek, i za chwilę byliśmy na górze we troje: Annita, Marietta i ja. Pogawędziliśmy, a potem panny uprojektowały, że ja położę się spać na łóżku, one zaś obie w przyległym pokoju na ogromnej, staroświeckiej kanapie. Nawzajem zaproponowałem spożyć dary Boże, którem przyniósł. Zgodzono się chętnie; dzieweczki przyniosły trzy nakrycia, ser parmezański, chleba, wody... Wino, do którego nie były przywykłe, poszło im do głowy, podniecając wyborny humor. Dziwiłem się, żem od dawna nie spostrzegł, jak są miłe, rozkoszne i wesołe. Po zakąsce usiadłem między obie i całując ich ręce, spytałem, czy żywią dla mnie rzetelną przyjaźń i czy postępowanie ze mną Angeli uważają za niesprawiedliwe, a nawet okrutne. Pośpieszyły zapewnić mnie, że łzami zalewały się, patrząc, jak Angela mnie maltretuje.
— Ja — rzekłem — braterskie żywię dla was obu, najtkliwsze uczucie. Poprzysięgnijmy sobie, że wy będziecie mymi siostrzyczkami, a ja waszym przybranym bratem, dobrze? I zamieńmy, w pełnej niewinności dusz, luby tego paktu zadatek.
Ucałowałem jedną i drugą — lecz nie był to bynajmniej pocałunek kochanka-uwodziciela i one też w kilka dni potem zapewniły mnie, że chodziło im jedynie o danie mi dowodu, iż podzielają mój braterski afekt. Wszelako ta niewinna wymiana pocałunków rozgorączkowała i dziewczynki, i mnie do tego stopnia, że musieliśmy przestać i popatrywaliśmy na siebie ze zdziwieniem i zażenowaniem. Wówczas zgoła bez najmniejszej afektacji Annita i Marietta wstały i wyszły z pokoju. Zostałem sam, napastowany przez rozbujałe myśli i — zakochany śmiertelnie w obu dzierlatkach. Jakże przewyższały Angelę: Annita lotnością umysłu, Marietta słodyczą i naiwnością!
Gdy wróciły, byłem już w zburzenie, które mną miotało, opanował i byłem już sobie poprzysiągł nie wystawiać ani lubych dzieweczek, ani siebie na próbę pocałunków, zaiste, zbyt zdradliwych. Zaczęliśmy długo rozmawiać o Angeli. Zwierzyłem się, że pragnąłbym już więcej jej nie widzieć.
— Ona pana kocha, bardzo kocha! — odezwała się naiwnie Marietta.
— Skąd pani to wie?
— Ach! Gdy, bywało, zostanie na noc u nas i śpi ze mną, bierze mnie w objęcia, uściska i mówi do mnie: „Ty najukochańszy, najmilszy mój abbé!”