Łzami zapełniły mi się oczy. Na ten widok i Lukrecji twarz zrosiła się łzami. Usiedliśmy na trawie. Połączone ze sobą usta nasze jęły spijać boski nektar nadziemskiej rozkoszy. O, jakże słodkie są łzy płynące z serca przepełnionego miłością! Zaznałem ich wszystkiej upojnej słodyczy...

W chwili przelotnego znużenia i uspokojenia się, obrzucając zachwyconym wzrokiem najprześliczniejszy nieład jej toalety, zauważyłem, że bardzo łatwo może nas kto spostrzec.

— Bądź spokojny, najdroższy — rzekła. — Jesteśmy pod strażą dobrej naszej wróżki.

I po pewnym czasie, gdyśmy jeszcze wypoczywali obok siebie, czerpiąc nowe siły u bezdennego źródła miłości, Lukrecja nagle podniosła główkę, zwróciła się w prawo i wyciągając przed siebie rękę, jęła wołać:

— A co! Czy ci nie mówiłam, kochanie? Spójrz!... Spójrz!

Zdumiony, sądząc, że doznaje halucynacji, odrzekłem:

— Na co mam patrzeć? Nie rozumiem.

— Jak to? Nie widzisz tej prześlicznie cętkowanej żmii, mieniącej się w słońcu? Patrz — tam!

Wzrok mój pobiegł za wskazówką jej reki i w samej rzeczy ujrzałem sporą, przeszło łokciową żmiję. Mieni się w słońcu i patrzy prosto na nas. Widok ten nie sprawił mi najmniejszej przyjemności, nie chciałem jednak ujść za tchórza i rzekłem z zupełnym spokojem:

— A ty się nie boisz?