— Bynajmniej. Jestem przekonana, że to moja dobra opiekuńcza wróżka zaklęta w żmiję...

— A jeśliby zaczęła pełzać ku tobie, sycząc?

— Mocniej bym się tylko do ciebie przytuliła, najdroższy mój. W twoich objęciach nie zaznam strachu w żadnej okazji. O!... O!... Patrz. Już zerwała się i ucieka. To niechybny znak, że ktoś się zbliża. O dobra wróżko! Jak ty się nami opiekujesz!

Zerwaliśmy się w samą porę. W głębi alei ukazała się donna Cecylia, wsparta na ramieniu adwokata. Podeszliśmy ku nim, ani spiesząc się, ani ociągając, najnaturalniej w świecie. Spytałem donnę Cecylię, czy córka jej boi się żmij i wężów.

— Okrutnie! — odparła. — Nawet najzwyklejsza jaszczurka jest w stanie przyprawić ją o zemdlenie. Tak... tu, w tej okolicy jest żmij bardzo wiele; na szczęście nie są jadowite.

Wyrazy te uczyniły na mnie silne wrażenie. Nie inaczej. Byłem przed chwilą świadkiem cudu dokonanego przez miłość. W tym momencie nadbiegły dzieci i uprowadziły ze sobą donnę Cecylię i adwokata. Gdyśmy znów zostali sami, rzekłem:

— Bój się Boga, dziecko drogie! A cóż byś uczyniła, jeśliby zamiast żmii-wróżki zdybali nas matka twoja i twój mąż?

— Nic bym nie uczyniła. Czyliż nie wiesz, że w takich uroczystych chwilach kochankowie o niczym innym nie myślą, tylko o miłości? Czy wątpisz, żem ja twoja, zupełnie twoja?

Nie posiadałem się z rozkoszy, czując, że Lukrecja mówi szczerze to, co myśli.

— I sądzisz, że nikt nas nie podejrzewa?