— Mąż mój albo nie domyśla się, że my się istotnie kochamy, lub też uważa wszystko, co jest między nami, za bagatelę, za coś, na co sobie młodość pozwolić ma prawo. Matka moja... ma rozumek nie lada i może się czegoś domyśla, lecz wie, że takie sprawy nie powinny jej obchodzić. Siostra moja, o! ta wie niezawodnie wszystko; jakżeby miała zapomnieć o złamaniu łóżka? Lecz ona mądra i przywykła zresztą uważać mnie za nieszczęsną ofiarę niedobranego małżeństwa. Ach! Gdybym była ciebie nie poznała, najdroższy, przeszłabym przez życie, nie zaznawszy szczęścia i nie rozumiejąc, jak szalone być może, albowiem, to co czuję dla mego męża... jest tylko uległość, obowiązująca w sferze, do której należymy.
— Swoją drogą ja mu zazdroszczę! On w każdej porze dnia i nocy może cię brać w objęcia; może mieć w każdej chwili przed oczyma wszystkie twe boskie wdzięki, niczym nieosłonięte...
Przerwała mi:
— Żmijko, dobra żmijko moja! Przybądź i uchroń mnie od tego przeszywającego wzroku! Gdyż za króciutką chwilę spełnię wszystkie życzenia tego, którego kocham nad życie...
Przez godzin parę nie przestawaliśmy powtarzać sobie, że się kochamy, i dawać sobie dowody najgorętszej miłości.
Podczas kolacji jęła wędrować z rąk do rąk moja śliczna tabakierka szylkretowa128, woniejąca najprzedniejszą tabaką. Donna Lukrecja nie po raz pierwszy się nią zachwycała i wyraziła chęć posiadania akurat takiej. Mąż jej pospieszył obiecać, że nie zwlekając, będzie szukał podobnej, lecz że to może potrwać czas dłuższy; tedy proponuje zamianę, niech mnie za tabakierkę da swój pierścionek. Sądząc, że mniej ma wartości niż tabakierka, przystałem skwapliwie na transakcję. Okazało się, że wart więcej, lecz donna Lukrecja tak była zachwycona obrotem sprawy, że musiałem pierścionek przyjąć, składając w jej ręce tabakierkę. Wypiliśmy kawę; zapłaciłem cały rachunek i poszliśmy jeszcze wszyscy pobłąkać się po parku willi Aldobrandini. Ile lubych wspomnień z miejsc tych uniosłem — nie zliczyć! Zdało mi się, że moją Lukrecję widzę po raz pierwszy w życiu. Oczy nasze płonęły, serca nasze, uderzając zgodnie, dyszały pożądaniem i tęsknotą, a instynkt wskazywał nam najzaciszniejsze ustronia, jakby stworzone dla misteriów najżarliwszej miłości. U gęstego szpaleru stała szeroka ława, misternie uformowana z darni; przed nią roztaczał się wspaniały pejzaż; w prawo i w lewo wzrok głęboko sięgał w aleje, co wykluczało wszelką niespodziankę. Rozumiały się serca nasze, tedy nie potrzebowaliśmy porozumiewać się słowami. Stojąc jedno przed drugim, nie mówiąc nic, wprawnymi i zręcznymi rękami uwolniliśmy w mig wszystkie cuda, które się od reszty przyrodzenia nieznośnymi zasłonami odgradza.
Po dwóch godzinach poszliśmy z wolna odszukać nasze powozy i ściągające do oberży towarzystwo. Wróciliśmy późną nocą do Rzymu, we dwoje, siedząc naprzeciw siebie i, by tak rzec, natrętnie domagając się od natury więcej, niż dać może. Przed samym domem musieliśmy, niestety, spuścić kurtynę przed skończeniem się sztuki, interesującej nas nad wszelki wyraz.
Jeszcze niejeden raz dane nam było obcować ze sobą sam na sam i napawać się sobą. Niestety! Chwile te niezapomniane upłynęły aż nadto szybko... Mąż donny Lukrecji wygrał proces, ciągnący się i tak już dość długo, i musiał opuścić Rzym, udając się tam, gdzie trudnił się stałą praktyką adwokacką. Ostatnie dwa wieczory spędziłem u Lukrecji i wśród jej rodziny. W dzień odjazdu ukochanej wyprzedziłem ją grzecznie na pierwszy nocleg i spotkawszy tam przybywającego adwokata z małżonką, wyprawiłem dla nich ucztę pożegnalną, która to niespodzianka sprawiła im żywą przyjemność.
Dziesiątki, setki razy powtórzyliśmy sobie: do zobaczenia! Do zobaczenia — po czym adwokat z żoną pociągnęli w swoją stronę, a ja wróciłem do Rzymu.