Dla uniknięcia grożących mu procesów za przeróżne, bardziej sowizdrzalskie niż karygodne sprawki postanawia dwudziestopięcioletni Casanova schronić się do Paryża i tam utonąć w wielkomiejskim tłumie. Ciekawy też jest niezmiernie wielkostołecznego życia, które zaczyna poznawać od strony... kurtyzan. O jednej z nich pozostało mu wspomnienie niezmiernie miłe. Była to niejaka panna Vesian, w chwili poznania jej przez Casanovę osoba młodziutka, zgoła niedoświadczona, wybornie wychowana, prześliczna i pełna wdzięku. Po śmierci ojca, wyższego oficera armii francuskiej, wyprzedawszy się z pozostałych po nim ruchomości, wybrała się z rodzinnej Parmy do Wersalu, kołatać o pensję dożywotnią sierocą. Towarzyszył jej brat.

Traf zdarzył — opowiada Casanova — że prosto z dyliżansu stanęła w hotelu de Bourgogne, gdzie i ja miałem kwaterę. Oboje z bratem zajęli sąsiadujący z moim pokój, a służba nie omieszkała wypaplać mi natychmiast, skąd przybyli nowi goście i że na oko nietęgo słychać z ich zamożnością. Rodacy, młodzi, ubodzy! Wiedziony aż nadto usprawiedliwioną ciekawością, pukam do ich drzwi... Otwiera mi młodzieniec, bardzo przystojny i wcale nieubrany. Przeprasza; ja oczywiście biorę całą winę za natręctwo na siebie i powiadam:

— Sąsiadem jestem i rodakiem. Może służyć mogę radą lub pomocą!

Na podłodze leżał materac — łoże młodziana; w alkowie129 za kotarą spała, jak wolno było się domyślać, jego siostrzyczka. Zwróciłem się do niej, przepraszając, że ośmieliłem się zapukać o tak wczesnej porze. Odpowiedziała mi zza kotary, że tylko zmęczenie po drodze było przyczyną tak późnego wstawania. Rzekłem:

— Odejdę więc... Państwo się ubiorą i dadzą mi, jeśli łaska, znać, że mogą mnie przyjąć. Mieszkam tuż obok.

W kwadrans potem zamiast poprosić mnie do siebie wchodzi do mego pokoju osóbka w kwiecie lat i w rozkwicie wdzięków, dyga z niezmierną gracją i oświadcza, że składa mi rewizytę, zaś brat jej ma nadejść niezwłocznie. Proszę siedzieć i daję wyraz bezgranicznej sympatii, którą już dla niej odczuwam. Od słowa do słowa pozyskuję jej zaufanie; opowiada mi niedługą historię swego sieroctwa i zabiegów, które zamierza czynić w Wersalu, opowiada naiwnie, lecz zarazem z godnością sprawiającą nader dodatnie wrażenie. Rzecz swą kończy słowami: „Muszę dziś jeszcze znaleźć tańszą kwaterę, gdyż mam wszystkiego w kieszeni sześć franków”. Spytałem o legitymację. Okazało się, że posiada zaświadczenie czystości obyczajów tudzież ubóstwa oraz paszport; że nie ma żadnych do nikogo rekomendacji; że nie zna w ogóle nikogo w Paryżu; że mnie pierwszemu dzieje swe opowiedziała... Ofiarowałem się na doradcę i przyjaciela. Przyjęła z uniesieniem.

— Proszę mi dać — rzekłem — swoje papiery. Rozważę, jak postąpić i co z nimi zrobić. Niech pani nikomu nie mówi, skąd i w jakich zamiarach tu przybyła. Proszę pozostać w hotelu de Bourgogne. Oto dwa ludwiki130. Pożyczam je pani.

Przyjęła, rozpływając się w wynurzeniach tkliwej wdzięczności. Nie powiem, abym nie był na ten wylew wrażliwy: panna Vesian była prześliczną szesnastoletnią brunetką, niezmiernie interesującą, niezmiernie dystyngowaną i miała w sobie coś dziwnie szlachetnego i dostojnego; mówiła doskonale po francusku. Było w niej przy tym tyle wrodzonej skromności, że nawet jej wyzywający negliż nie rozpętał mych pożądań, a raczej zniewolił mnie je poskramiać. Dawałem sobie słowo panować nad sobą i nie być pierwszym, który ją wprowadzi na złą drogę.

— Droga rodaczko! — rzekłem. — Znajdujesz się w mieście pełnym pokus i zasadzek. Wszystkie twoje wdzięki i zalety podobnie, jak mogą ci zapewnić szczęście i powodzenie, tak też i mogą być źródłem najopłakańszej niedoli. Tu, w tym mieście, ludzie wpływowi i zamożni mają w pogardzie rozwiązłe dziewczęta — oprócz tych, które im cnotę swoją poświęciły. Jeżeli zdecydujesz się, pani, stanąć ponad przesądami... patrz, abyś nie była oszukana. Nie wierz najpłomienniejszym apostrofom131... nie wierz bezinteresowności... Co do mnie, niczego od ciebie, pani, nie żądam, a pewny jestem, że ci się przydam. Zresztą, aby cię zupełnie uspokoić: obcować będziemy z sobą jak brat z siostrą. Dobrze? Za młody jestem, aby ojcem być dla pani, i ukrywać nie będę, że moje nią tak gorliwe interesowanie się wypływa stąd, że pani mi się nad wszelki wyraz podoba.

W trakcie tej rozmowy przyszedł brat mojej uroczej sąsiadki, najwyżej osiemnastoletni, bardzo przystojny i bardzo przeciętny, małomówny i niebystry. Zjedliśmy razem śniadanie. Okazało się, że braciszek nic nie umie i żadnego talentu nie posiada, tylko pismo ma nader foremne. Obiecałem, że może mu wyrobię jaką posadę, dałem pannie książki do czytania, poradziłem, aby na razie jak najmniej wałęsali się po mieście — i rozstaliśmy się. Śliczna rodaczka powtórzyła mi raz jeszcze z czarującym uśmiechem na ustach, że ufa mi bezgranicznie.