Pobiegłem do matki mego przyjaciela, do słynnej artystki dramatycznej Sylwii Baletti, prosząc, aby przygotowała dla mojej protegowanej grunt w opinii i względach pani de Montconseil, pozostającej z wielką artystką na najlepszej stopie, a trzymającej w ręku pana ministra wojny. Pani Sylwia przyrzekła mi chętnie swą pomoc; pragnęłaby jednak wpierw poznać moją protegowaną osobiście.

Była godzina jedenasta wieczorem, kiedym, widząc światło w pokoju panny Vesian, zapukał do jej drzwi. Otworzyła mi natychmiast, oznajmiając, iż nie kładła się spać, oczekując mego przybycia z oczekiwanymi niecierpliwie wieściami. Jakoż zdałem relację z pierwszych moich kroków i zaczęliśmy gawędzić. Przegawędziliśmy godzin parę. Dowiedziałem się, że sąsiadka moja nikogo jeszcze nie kochała w życiu; że nie zarzeka się wcale... że obca jej jest pruderia nieuświadomionych dziewczątek, lecz że nie utraciła tego, co chętnie przyniosłaby w ofierze w stosownej chwili i we właściwych okolicznościach. Westchnienie wyrwało mi się z piersi. Jej otwartość i szczerość zachwyciły mnie. Rozgorzałem... Podczas gdy mówiła, myślałem o czym innym: o tym, że pierwszy lepszy wilk pożre przecież tę niewinną owieczkę i że przecie nie o to chodzi, kto będzie tym szczęśliwym wilkiem; że właściwie mówiąc, kompromituje ją sam fakt mego tak gorliwego interesowania się losem młodziutkiej i prześlicznej panienki i że przeto nic się nie wygrywa na ograniczaniu się do roli... bezinteresownego przyjaciela. A podczas gdy ona mówiła, a jam myślał, całowałem ją raz po razu po rękach, a nawet po ramionach, nie mogąc zdecydować się na stanowczy krok w tę lub w ową stronę. Upłynęły jeszcze dwie godziny. Bez żadnego pozytywnego rezultatu. Czułem, że obudziłem tym zdziwienie panny Vesian, że poczytywać mnie w końcu musiała za człowieka bądź niezdolnego do czynu bądź obezwładnionego jakimś ukrytym cierpieniem. Pożegnałem ją, zapraszając na obiad jutrzejszy.

Nazajutrz po obiedzie, gdy brat wyszedł na miasto, zabawialiśmy się przyglądaniem się przez otwarte okno czeredzie powozów zajeżdżających przed teatr des Italiens. Zaproponowałem pójście do teatru. Przystała z żywą radością. Poszliśmy. Usadowiłem ją w amfiteatrze i pożegnałem, zapowiadając, że około jedenastej zapukam do jej drzwi w hotelu. Ubrana była skromnie, lecz elegancko i niezmiernie do twarzy. Spożywszy kolację w „Sylwii”, spiesznie wracałem do domu. Patrzę: przed hotelem stoi wytworny ekwipaż132. Pytam: kto tu przyjechał? Powiadają mi: jakiś młody pan, który odwiózł pannę Vesian i jadł z nią kolację. „Wybornie! Jest już — pomyślałem sobie — na dobrej drodze”. Nazajutrz rano widzę przez okno eleganckiego strojnisia zajeżdżającego przed hotel; po chwili jest już u mojej sąsiadki... Odwagi! Zdobywam się na sztuczną a lodowatą obojętność i ubieram się najspokojniej w świecie. Wpada do mego pokoju młody Vesian. Skarży mi się, że nie może wrócić z miasta „do siebie”, bo u siostry bawi ów pan, z którym ona wczoraj była na kolacji. Powiadam:

— Wszystko w porządku! A któż to taki?

— Jakiś wielkoświatowiec, bogaty i przystojny. Obiecał zawieźć nas do Wersalu, a mnie wyrobić posadę.

— Powinszować!

To rzekłszy, wkładam dokumenty do koperty i oddaję mu je, prosząc, aby doręczył siostrze. I wychodzę na miasto.

Zaledwiem wrócił około trzeciej do hotelu, gospodyni wręcza mi bilecik od panny Vesian, która się z hotelu wyprowadziła. Idę na górę, rozrywam kopertę i czytam: „Zwracam panu pożyczone mi pieniądze z gorącym podziękowaniem. Hrabia de Narbonne interesuje się mną i z pewnością życzy jak najlepiej i mnie, i mojemu bratu. Prześlę panu niebawem wiadomość o sobie stamtąd, gdzie mam zamieszkać i gdzie niczego mi nie będzie brakowało. Bardzo a bardzo zależy mi na pańskiej przyjaźni. Brat mój zostaje w hotelu, zajmując pokój opłacony przeze mnie z góry za cały miesiąc”. Tegoż dnia jeszcze dowiedziałem się od znajomych, kto zacz jest ów pan de Narbonne. Syn bardzo zamożnego ojca, hulaka zapamiętały i zadłużony wyżej uszu. Nie ma co mówić! W piękne ręce dostała się nieopatrzna dziewczyna, a ja — ja padłem raz jeszcze ofiarą zbytku delikatności z mej strony.

Z dziesięć dni zeszło mi na usiłowaniach zaznajomienia się z hrabią de Narbonne — bezowocnie. Postanowiłem tedy całej sprawie dać za wygraną i zapomnieć o przelotnej przygodzie, gdy zjawia się u mnie młody Vesian i powiada, że siostra jest w jego pokoju i chciałaby bardzo widzieć się ze mną. Spieszę na wezwanie i zastaję ją smutną i z zaczerwienionymi od łez oczami. Natychmiast wyprawiła brata na miasto i jęła mi szczegółowo opowiadać, co i jak się z nią działo. „Zaufałam temu Narbonne’owi; oszukał mnie, okłamał: to skończony łajdak!” i łzy puściły się jej gęsto z oczu. Poszedłem ku oknu, aby nie przeszkadzać jej wypłakać się do woli, zaś gdy się uspokoiła, usiadłem przy niej.

— Cała wina — rzekłem — po mojej stronie. Po com panią prowadził do teatru! Nie byłabyś pani poznała Narbonne’a i nie zaznawałabyś teraz tak okrutnych katuszy moralnych.