— O nie, o nie! — ona na to. — Skąd pan mógł przypuścić, żem do tego stopnia nierozsądna! Niegodziwiec obiecał mi wszelką pomoc pod warunkiem, że mu zaufam i dam mu dowód sympatii, zamieszkując sama w wynajętej przez niego kwaterze. Bez brata! Gdyż mówił, że w oczach złośliwego świata brat mógłby uchodzić za mego kochanka. Zgodziłam się na to, o ja nieszczęsna! Jakże mogłam nie poradzić się wpierw pana! Zalokował mnie u pewnej, bardzo przyzwoitej, jak zapewniał, niewiasty. Dał mi dwa luidory i złoty zegarek... Sądziłam, że mogę śmiało przyjąć od kawalera, który mi tyle okazał współczucia. Tylko gospodyni nie wydała mi się ani przez jedną chwilę tak przyzwoita, za jaką miała w moich oczach uchodzić. W ciągu przeszło tygodnia pan de Narbonne odwiedzał mnie pilnie... na nic jednak stanowczego nie mogąc się zdecydować. Obiecywał wciąż, że pojedziemy do Wersalu — jutro. Wciąż mu coś przeszkadzało... Aż nareszcie dziś rano moja gospodyni zawiadamia mnie nagle i niespodziewanie, że pan de Narbonne... wyjechał na wieś, a mnie zaś fiakier133 ma odwieźć do hotelu, skąd przybyłam. Wiedźma robiła przy tym karawaniarskie miny, udając wielkie litowanie się nade mną... Nawiasem wtrąciła, że pan de Narbonne prosiło doręczenie jej zegarka, który mi dał, gdyż zapomniał go u zegarmistrza zapłacić. Drżąc z oburzenia, wręczyłam jej natychmiast zegarek, zwinęłam do giezłeczka134 moją skromną „ruchomość” i — otom tu wróciła, przed pół godziną.
— Pani ma nadzieję zobaczyć się z nim, gdy wróci ze wsi?
— Ja! Przenigdy! O mój Boże! Czemu spotkałam na swojej drodze tego urwipołcia!
Rozpłakała się i — przyznam się — nigdy mnie jeszcze żadne łzy niewieście nie roztkliwiły do tego stopnia. Raz litość brała w mym sercu górę, raz oburzenie na niecnego Narbonne’a. Nie nalegałem na szczegóły, szanując wstydliwość oraz miłość własną nieszczęsnej dziewczyny. Pocieszałem ją, jak mogłem. Błagała mnie o wyrozumiałość ojcowską. Zaklinała się, że odtąd kroku nie uczyni bez poradzenia się ze mną, że zawsze godna będzie mojej przyjaźni, którą ceni nad własne życie. Gdym ze swej strony zaczął serdecznie nastawać, aby o wszystkim zapomniała i starała się co rychlej odzyskać równowagę i dobry humor, z nadmiaru wrażeń i sprzecznych uczuć osunęła się, mdlejąc, w moje objęcia. Ocuciłem ją, nie przywołując na pomoc nikogo, i zacząłem opowiadać jej najweselsze anegdoty o pannach wyprowadzonych w pole przez mężczyzn bez czci i wiary, co ją uspokoiło i rozerwało. W trakcie długiej rozmowy sam na sam trzymałem bacznie na wodzy wszelkie odruchy czułości, nie ujmując jej nawet za rękę. Zaproponowała wycieczkę gdziekolwiek za miasto. Świeże powietrze — oświadczyła — znakomicie przyczyni się do odzyskania dawnego wyglądu. Zgodziłem się skwapliwie, nastając jednak, aby pojechał z nami na wycieczkę jej brat.
— Po co? — zawołała.
— Po to — odrzekłem — aby Narbonne’owi nie doniesiono, że tegoż dnia, kiedy panią porzucił, znalazłaś nowego przyjaciela, co by poniekąd jego postępowanie usprawiedliwiało.
— Wstyd mi — ona na to — żem nie wzięła tego pod uwagę!
Nie tylko jej brat, lecz i przyjaciel mój Baletti towarzyszył nam na wycieczkę zamiejską do Gros-Caillou. Spostrzegłszy, że Baletti gustuje w pannie Vesian, opowiedziałem mu pokrótce, w jak ciężkich życiowych warunkach się znajduje, jak mało jest nadziei, aby uzyskała pensję od króla, jak nieodzownie potrzebuje pracy zarobkowej i rzuciłem myśl, czyby nie dało się jej wykształcić na tancerkę. Sam Baletti mógłby podjąć się wyćwiczenia jej w szlachetnym kunszcie Terpsychory135. Balettiemu podobał się mój projekt i oświadczył, że ze swej strony uczyni wszystko, co będzie od niego zależało. Nie tracąc chwili, zbadał zewnętrzne warunki oraz uzdolnienie przyszłej uczennicy i zadecydował:
— Spróbuję... Może mi się uda umieścić panią w balecie operowym, u Laniego. Na razie jako figurantkę136.
— A od jutra już mogą zacząć się lekcje — wtrąciłem pospiesznie.